30.11.2012

Dzień 122: Dr.John, The Night Tripper - "Gris-Gris" (1968)

Słuchanie tego krążka to dość specyficzne przeżycie. Na pewno jest to pozycja niestandardowa, z dość niepokojącym wokalem i dziwnymi dźwiękami dobiegającymi z głębi... W sumie chyba nic dziwnego, jeden z członków zespołu robił projekty oparte na wierzeniach voodoo... A to już jest zupełnie niecodzienne... Całe to zamieszanie panujące w utworach, taki kontrolowany chaos nie jest w moim guście, ale doceniam takie zabiegi i płytę uważam za bardzo udaną...
   Najlepszy kawałek: "Gris-Gris Gumbo Ya Ya".

29.11.2012

Dzień 121: The United States Of America - "The United States Of America" (1968)

Ależ to jałowe! Niby psychodelicznie miało być, a jest słabo ogólnie... Przeczytałem, że współcześni krytycy bardzo wysoko oceniają poziom artystyczny i wkład w rozwój, bla bla bla... Nie rozumiem krytyków :) Dalej czytam, że grupa nie cieszyła się dużym zainteresowaniem w latach sześćdziesiątych. I tu pójdę za głosem tłumu i podpiszę się pod ich gustami! Bo mnie wybitnie nie zainteresowało, odrzuciło wręcz... Może niezbyt rzeczowo prawię, ale w skrócie - kiepski wokal i ogólny jazgot dobywający się z głośników wpłynęły negatywnie na moją ocenę...
   Najlepszy kawałek: "The American Way of Love", bo ostatni...

28.11.2012

Dzień 120: Big Brother And The Holding Company - "Cheap Thrills" (1968)

Kolejna, historyczna tym razem odsłona mojej niewiedzy :) Janis Joplin wokalistką tejże kapeli... Jakoś mi to umknęło, gdy zachwycałem się przez lata tą Panią... Nie będę oryginalny twierdząc iż Cheap Thrills arcydziełem muzycznym jest! Nie dość, że dźwięki gitarowe wprawiają w zachwyt, mamy boski głos genialnej Janis... Są tu dwa utwory, których nie sposób nie znać, słynne Summertime i Piece of my heart. Już sama ich obecność zapewnia, że do czynienia mamy z płytą wyjątkową, ponadczasową... Nic tylko słuchać i zachwycać się należy...
   Najlepszy kawałek: "I Need A Man to Love". Klasyfikowany poza klasykami oczywiście...

27.11.2012

Dzień 119: The Byrds - "The Notorious Byrd Brothers" (1968)

Stwierdzić muszę z przykrością, że czwarty już album (spośród 1001 płyt) grupy The Byrds to gruba przesada. Nie uważam, że każda kolejna była tak odmienna od poprzedniej, że warto ją zamieszczać we wspomnianym zestawieniu. Grupa gra na równym poziomie, ale nie wnoszą nic nowego, czy ciekawego... Momentami jest przyjemnie rockowo, momentami spokojnie popowo, ale po kolejnym utworze jest zwyczajnie nudno... Nie porwało mnie w żadnym elemencie. A jeśli przypomnieć, że to amerykańska odpowiedź na "brytyjską inwazję", wydaję mimowolny jęk zawodu...
   Najlepszy kawałek: "Artificial Energy", bo najmniej nudny...

26.11.2012

Dzień 118: Blue Cheer - "Vincebus Eruptum" (1968)

Przyznać należy, że to baaardzo energetyczna płyta. Nie wiem, w sumie, czy nie jest to najcięższe granie, do tej pory! Nie chodzi tu o bezsensowne walenie w bębny i szarpanie gitar, ale kawał dobrego, psychodelicznego rocka. Krótka, ale niezwykle wyrazista płyta. W ostatnim utworze bardzo podobała mi się solówka na perkusji. O kapeli nie słyszałem, a nagrali kilkanaście płyt... Skoro uważa się, że wywarli wielki wpływ na rozwój chociażby hard rocka, uważam, że warto byłoby posłuchać jeszcze jakiegoś materiału. Po pół godziny Vincebus Eruptum mam spory niedosyt...
   Najlepszy kawałek: "Rock Me Baby".

25.11.2012

Dzień 117: Aretha Franklin - "Aretha: Lady Soul" (1968)

Kolejna płyta tej artystki z całą pewnością nie rozczarowuje. Słucha się nadzwyczaj przyjemnie! Bardzo przyjemnie! Płyta emanuje pozytywna energią! To niewątpliwy atut Arethy Frankiln. Mimo, że wraz z chórkami jest bardzo gospelowo (a tego nie lubię), to w przypadku Lady Soul zupełnie mi to nie przeszkadzało. Choć są tu utwory zarówno wolne, nastrojowe, jak i żywe, szybsze, mnie zdecydowanie bardziej podobają się te, którymi artystka potrafiłaby porwać do tańca i zabawy tłumy!     Najlepszy kawałek: "Money Won't Change You".

24.11.2012

Dzień 116: Laura Nyro - "Eli And The Thirteenth Confession" (1968)

Już pierwszy utwór sprawił, że zrobiłem nieco głośniej. Z jednej strony delikatnie, ale z drugiej, do czynienia mamy z niesamowicie silnym głosem. Ważniejsze chyba jednak od tego jest, że te piosenki są bardzo radosne! Do skakania chciałoby się powiedzieć. W tle pobrzmiewają chórki, tamburyny... Nastrój pogodny, płyta na rozweselenie nadaje się wyśmienicie! Nawet, jeśli piosenki są wolniejsze, to nie są smutne. Brakuje takich rozweselaczy nagrywanych dzisiaj. Zdecydowanie pozytywna płyta!
   Najlepszy kawałek: "Sweet Blindness".

23.11.2012

Dzień 115: Johnny Cash - "Johnny Cash At Folsom Prison" (1968)

Johnny Cash sprawił mi kolejną w ostatnim czasie całkiem przyjemną niespodziankę. Przyznam, że nie wiedziałem, w jakim śpiewa stylu. Country jakie jest wiemy ze wcześniejszych postów. Ale głos Johnny'ego barwę ma niesamowitą i to na śpiewie się zawiesiłem, nie zwracając uwagi na podkład muzyczny. Sam fakt, że był to koncert w więzieniu dla 2000 osadzonych robi wrażenie. Piosenki o więzieniu i więźniach śpiewane bez skrępowania... Stworzył nastrój, który odróżnia płytę LIVE od zwykłej rejestracji koncertu... No i oczywiście niezbyt dużo gadania pomiędzy utworami. 
   Najlepszy kawałek: "Cocaine Blues""Flushed From The Bathroom Of Your Heart" za samo sformułowanie...

22.11.2012

Dzień 114: Leonard Cohen - "The Songs of Leonard Cohen" (1968)

Tego Pana raczej przedstawiać nie trzeba. Ten głos potrafi wywołać nieokreśloną ilość uczuć u obojga płci... Piosenki piękne, ciche instrumenty pozwalają skupić się na tym niepowtarzalnym wokalu. Oczywiście podkładu muzycznego - gitary akustycznej, fortepianu, czy cudownych kobiecych chórków nie wolno nie doceniać. Wszystko to daje niesamowity efekt... Wystarczy włączyć tą płytę i nastrój tworzy się sam. Niesamowite jest to, że pomimo upływu lat, po Jego twórczość sięgają kolejne pokolenia. 
   Najlepszy kawałek: "Suzanne".

21.11.2012

Dzień 113: The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)

I znów Jimi Hendrix dostarcza wrażeń, jakich nie daje niemal żaden inny gitarzysta na świecie. Jego płyty mają w sobie coś niesamowitego - takiego potężnego kopniaka energetycznego! Nie można się oprzeć słuchając jego popisów... Ponieważ aspekt artystyczny jest tu oczywisty i nic prócz zachwytu powiedzieć więcej się nie da... Walorów estetycznych okładki płyty również nie należy pomijać! Dziś powiedziano by, że to tani chwyt reklamowy, ale Hendrix takiej reklamy nie potrzebował... 
   Najlepszy kawałek: "Come on".

20.11.2012

Dzień 112: Os Mutantes - "Os Mutantes" (1968)

Najlepszym określeniem dla tej kapeli byłoby "dziwne to". Ale to nie oddaje całokształtu ;) Tego trzeba posłuchać. Współcześni wykonawcy często używają udziwnień w swojej muzyce i ciężko nieraz to znieść. Tu udziwnienia są nadzwyczaj ciekawe i oryginalne, biorąc pod uwagę okres, w którym nagrywali. Pierwszy utwór, gdzie muzyka zwalnia, jakby ktoś przytrzymywał płytę :) Drugi kawałek też dość niecodzienny... Trzeci spokojniejszy. Tego po prostu należy posłuchać, bo ciężko opowiedzieć i zaklasyfikować gdzieś Os Mutantes...
   Najlepszy kawałek: "A Minha Menina".

19.11.2012

Dzień 111: Ravi Shankar - "The sounds of India" (1968)

Wirtuoz gry na sitarze - Ravi Shankar... Instrument rzadki, zapewne trudny, ale wydaje tak dziwne dźwięki, że nie potrafiłem się do niego przekonać... Przebrnąłem przez całą płytę - to raptem 5 utworów. Pomimo, że podobne dźwięki pojawiają się w wielu filmach, gdzie przedstawia się Indie, bez wizji ta muzyka okazała się dla mnie nieprzystępna! Początek płyty - muzyk przedstawia swój instrument. Nieco za dużo czasu mu to zajmuje. A ja nie lubię gadania na płytach audio... Ale mimo wszystko - powiew egzotyki od czasu do czasu się przydaje ;)
   Najlepszy kawałek: nie rozróżniam ich...

18.11.2012

Dzień 110: The Kinks - "The Kinks Are The Village Green Preservation Society" (1968)

Kinks jak dla mnie nie wyróżnia się tu niczym szczególnym, ale pomimo tego płyty słucha się bardzo dobrze. Momentami znów ciężko się wypowiedzieć na temat kolejnej płyty w podobnym stylu co poprzednie. Mamy teraz falę rocka, a niedawno podobnie było z jazzem. Krążek wydaje się być bardzo spójny, równy. Być może to właśnie sprawia, że pozostawia po sobie dobre wrażenie! 
   Najlepszy kawałek: "The Village Green Preservation Society".

17.11.2012

Dzień 109: The Incredible String Band - "The Hangman's Beautiful Daughter" (1968)

Nie wszystko, co folk rockiem się zowie moje uszy potrafią znieść. Denerwowało mnie niemal wszystko. Wokal, instrumenty... Niby to szkocka kapela, ale muzycy podróżowali dużo po świecie i zwozili egzotyczne instrumenty. I to chyba sitar jest tym, który działał drażniąco na mnie. Poza tym za dużo chórków, za dużo chaosu jak dla mnie. Niby ma być psychodelicznie, ale tu znowu moje zmysły mówią nie! Takie klimaty zwyczajnie trzeba lubić. A skoro ma być subiektywnie - to jest. I ja nie lubię...
   Najlepszy kawałek: "The Minotaur’s Song".

16.11.2012

Dzień 108: Traffic - "Traffic" (1968)

A tu mamy niespodziankę! Nigdy o tejże kapeli nie słyszałem, a grają bardzo przyzwoitego i ciekawego rocka. Pozytywne zaskoczenie! Ciężko było podejrzewam się przedrzeć przez falę rocka płynącą z Ameryki i Wielkiej Brytanii. W tych rejonach powstało mnóstwo świetnej muzyki, dobrego grania, a słyszało się o Stonesach, Beatlesach i kilku innych. Cieszę się więc, że miałem okazję usłyszeć tych mniej znanych. Przynajmniej dla mnie. Warto się wsłuchać - to dość spokojny rock, nie najgorsze teksty. Dobra propozycja!
   Najlepszy kawałek: "You Can All Join In".

15.11.2012

Dzień 107: The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)

Tutaj nie będę zbytnio się rozwodził, gdyż jestem nieco bezkrytyczny wobec tej kapeli. Grać tyle lat i wciąż trzymać klasę! Oni są Wielcy, tak jak ta płyta! Jest z pewnością czego posłuchać. Każdy powinien znaleźć piosenkę, która mu się spodoba, w której znajdzie coś dla siebie... Każda ma swój styl, coś niepowtarzalnego muzycznie i wokalnie. Mieszanka rocka, bluesa, country i pewnie jeszcze kilku innych gatunków! Muzyka nie byłaby taka sama bez Stonesów. To jedno z takich istnień, które raczej się nie powtórzą!
   Najlepszy kawałek: "Sympathy For The Devil."

14.11.2012

Dzień 106: Aretha Franklin - "I Never Loved A Man The Way I Love You" (1967)

No głos to ta Pani ma... Choć soulowe rytmy nie zawsze przypadają mi do gustu, to w przypadku Arethy Franklin jest bardzo miło. Płyta nadaje się do słuchanie w niemal każdej sytuacji. Respect, choć to cover Otisa Reddinga, zaśpiewany po prostu perfekcyjnie. I jest to chyba najbardziej znana wersja tegoż przeboju! Właściwie dopiero w Jej wykonaniu przebojem się stał. Cała reszta płyty oczywiście warta przesłuchania. Okazuje się bowiem, że można tworzyć, śpiewać piosenki o miłości, które nie są nudne i szablonowe...
   Najlepszy kawałek: "Respect".

13.11.2012

Dzień 105: The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold As Love" (1967)

Kolejne cenne Hendrixowe doświadczenie. Niewiele mogę powiedzieć o Jego grze, bo mimo słuchania muzyki, po prostu się na tym nie znam. Wiem natomiast, że przemawia do mnie, uwielbiam słuchać Jego gitary. Wokal również daje czadu, jest go mało, ale jak już słychać, to mamy pewność, że był to artysta kompletny. Techniczne aspekty tej wirtuozerii pozostawiam znawcom, ja zamierzam się delektować dźwiękami płynącymi z głośników. I w żadnym wypadku krytykować nie będę. Niczego!!
   Najlepszy kawałek: "Spanish Castle Magic".

12.11.2012

Dzień 104: The Velvet Underground - "White Light / White Heat" (1967)

Bardzo niedobrze słuchało mi się tej płyty... Wokal mnie bardzo denerwował, jakby zawodził. Ogólnie rozumiem zamysł - całość utrzymana w niepokojącym klimacie. Niestety zupełnie nie trafia to w mój gust. Pierwszy utwór baaardzo długi, co mnie zazwyczaj lekko irytuje. Nie lubię przeciągania na siłę, a tu miałem takie właśnie wrażenie. Choć ogólnie jestem miłośnikiem gitar - na tej płycie przyprawiały mnie o ból głowy! 
   Najlepszy kawałek: "Sister Ray".

11.11.2012

Dzień 103: Shivkumar Sharma & Brijbushan Kabra & Hariprasad Chaurasia - "Call Of The Valley" (1967)

Po połowie pierwszego, zaledwie 12-minutowego utworu, zadałem sobie pytanie, czy muszę słuchać tego do końca ;) Szanuję muzykę etniczną, folk, charakterystyczne dla danego kraju, ale to było dla mnie nie do zniesienia. Z całą pewnością to cenne doświadczenie muzyczne, kontakt z nieznanymi wcześniej dźwiękami, ale przykładowo instrument o nazwie Santur, którego oczywiście wcześniej nie znałem, jest bardzo charakterystyczny (usłyszeć można na filmach). Nie oznacza to oczywiście, że każdemu przypadnie do gustu (czego jestem najlepszym przykładem).
   Najlepszy kawałek: nie jestem w stanie wybrać :).

10.11.2012

Dzień 102: Loretta Lynn - "Don't Come Home A Drinkin' (With Lovin' On Your Mind) (1967)

Teraz dla odmiany mamy Panią, która śpiewa country. Będę konserwatywny w swoich poglądach na temat tego gatunku i nadmienię tutaj, że Loretta zwyczajnie marnuje swój głos na taką muzykę. Z chęcią usłyszałbym Ją w innym repertuarze, bo głos ma bardzo miły i silny. A tak znów muszę ponarzekać na jednostajną melodię, denerwujące mnie gitary... Do plusów zaliczyć mogę sam fakt, że skoro w poprzednich płytach country śpiewali Panowie, to Loretta Lynn wprowadza nieco świeżości w utarte schematy...
   Najlepszy kawałek: "Get What 'Cha Got And Go".

9.11.2012

Dzień 101: The Electric Prunes - "I Had Too Much To Dream (Last Night)" (1967)

Stanowczo za leniwie! Sięgnąłem do słownika, bo nie znałem znaczenia słowa prune. I teraz mam dylemat - czy są to elektryczne suszone śliwki czy elektryczne głupki, bo takie dwa znaczenia znalazłem ;) Ogólnie, jak na rocka psychodelicznego, jakoś zbyt powolnie i niemrawo... Nie przekonali mnie. Ale może ich psychodela tkwi gdzieś głębiej, bo to kapela, która rok po tej płycie nagrała pierwszą na świecie mszę rockową. To dopiero jest ciekawostka...
   Najlepszy kawałek: "I Had Too Much to Dream (Last Night)".

8.11.2012

Dzień 100: The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced" (1967)

Pierwsza setka za mną :) Zakończenie mocne, bo Jimi Hendrix to muzyk, który gwarantuje, że jego grania zapomnieć się nie da. Gitarzysta niedościgniony, gra po prostu genialnie! Tytuł jest oczywiście adekwatny do zawartości, bo to doświadczanie Jimiego to prawdziwa rozkosz dla uszu. Nie każdy, z pewnością, lubi takie szarpanie strun, ale do mnie trafia to z każdej strony! Nie da się owego doświadczania opisać, więc koniecznie trzeba tego słuchać i słuchać, i słuchać... Do tej pory jedna z lepszych płyt i pod koniec - wierzę, że o niej nie zapomnę i będzie wysoko w moim osobistym rankingu!
   Najlepszy kawałek: "Foxy Lady".

7.11.2012

Dzień 99: Merle Haggard - "I'm A Lonesome Fugitive" (1967)

Dawno nie było, więc ulubiona muzyka amerykańskich kierowców ciężarówek przypomina o swoim istnieniu. Znów ta tęsknota w głosie i powtarzające się charakterystyczne dźwięki gitary. Osobiście nie mógłbym tego w samochodzie słuchać, ale nie będę psów na tej płycie wieszać, bo jest w sumie całkiem sympatyczna, jeśli traktować ją z przymrużeniem oka;) Pewnie kolejny raz jej nie przesłucham, ale nie zostawiła po sobie żadnych złych wspomnień czy skojarzeń :)
   Najlepszy kawałek: "Drink Up And Be Somebody".

6.11.2012

Dzień 98: Donovan - "Sunshine Superman" (1967)

Nie wiem, skąd fenomen Donovana Leitcha. Może to ta gitara banjo;) Harmonijka jak wiadomo nie cieszy się u mnie zbytnim poważaniem... Głos całkiem ciekawy, ale styl chyba jest tym czynnikiem, który sprawia, że płyta jest mi zupełnie obojętna. Gdybym miał ją podsumować jednym słowem, powiedziałbym, że jest poprawna. Zawiera wszystko, co powinna mieć dobra płyta, oprócz tego czegoś, co sprawiłoby mi muzyczną przyjemność i pozwoliło wrócić za jakiś czas do tej pozycji...
   Najlepszy kawałek: "Sunshine Superman".

5.11.2012

Dzień 97: The Kinks - "Something Else By The Kinks" (1967)

Tym razem znów mamy do czynienia z dobrze grającą, ale niczym specjalnym nie wyróżniającą się kapelą... Jest to oczywiście moje zdanie, ale już po prostu mi zbrzydły te 4-osobowe męskie składy. Gdzieś tam jeszcze co niektóry falsetem zaśpiewa i staje się to wszystko nie do zniesienia. Zwyczajnie wieje nudą, a do tego często to jakieś smutne, nostalgiczne klimaty, jak na przykład Death of a clown... A tak nawiasem mówiąc - okładka specjalnie nie zachęca;)   Najlepszy kawałek: "Harry Rag", choć też monotonny, ale chociaż charakterystyczny.

4.11.2012

Dzień 96: Jefferson Airplane - "Surrealistic Pillow" (1967)

Ta Pani ma coś w sobie. Konkretnie chodzi mi o głos. Jest bardzo przyciągający. Śmiem twierdzić, utwory tegoż zespołu byłyby zupełnie inne w odbiorze, gdyby śpiewał ktoś inny... Całkiem w sumie logiczne, ale chodzi mi o bardzo charakterystyczny i mocny wokal, który sprawił, że się zasłuchałem... Oczywiście inne elementy tu również są warte uwagi! Gitary grają bardzo przyjemnie i całej płyty słucha się z lekkością i satysfakcją! Może właśnie ze względu na cechy, które wymieniłem odróżnia ją to od ostatnio przesłuchanych rockowych propozycji...
   Najlepszy kawałek: "Somebody To Love".

3.11.2012

Dzień 95: The Young Rascals - "Groovin" (1967)

Za dużo na tej płycie uroczych, słodkich kawałków, śpiewanych miłymi i uroczymi głosami (podobno) męskimi. Takie chórki, wspólne nucenie nie jest zupełnie w moim guście. Brakuje czegoś, co odróżniłoby ten album, tych wykonawców od pozostałych, bliźniaczo podobnych. Wydaje się, że muzycznie jest to naprawdę zgrana i utalentowana kapela, ale wokal sprawia, że instrumenty schodzą na drugi plan i zwyczajnie nie podoba mi się to zestawienie...
    Najlepszy kawałek: "I Don't Love You Anymore".

2.11.2012

Dzień 94: The Byrds - "Younger Than Yesterday" (1967)

Powiem szczerze, że ta płyta nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Mam wrażenie, że jest nieco przekombinowana... C.T.A. 102 z jakimiś efektami specjalnymi, Time Beetween w stylu country... No i za wysokie głosy w chórkowym wydaniu... Wszystko to sprawia, że druga już płyta (z trzech do tej pory przesłuchanych) Byrdsów zasłużyła na moją krytykę. Reszta utworów, o których nie wspominam jest za wolna albo za jednostajna, albo za jakaśtam... Narazili mi się i koniec. Ciężko będzie teraz zmienić zdanie i wziąć do ręki kolejną ich płytę...
   Najlepszy kawałek: "So You Want To Be A Rock 'n' Roll Star".

1.11.2012

Dzień 93: The Doors - "The Doors" (1967)

Nie wypada mi z tego miejsca krytykować wielkiego zespołu, jakim niewątpliwie The Doors był. Mogę wspomnieć jedynie, że wielkim fanem nie jestem, ale kilka utworów jest naprawdę cudownych. Należy oczywiście wspomnieć o Light My Fire, ale ja mogę go słuchać przez początkowe półtorej minuty. Późniejsza solówka na organach działa mi okropnie na nerwy. Ogólnie dźwięku tych organów nie lubię zbytnio, mimo, że grał na nich nasz Rodak. Alabama Song również w ich wykonaniu wymiata! Płyta oczywiście klasyk w czystej postaci, pozycja obowiązkowa i w ogóle. Po dwukrotnym przesłuchaniu nawet bardziej jest mi przyjazna niż kiedyś :)
   Najlepszy kawałek: "Break On Through (To The Other Side)".