28.02.2013

Dzień 212: Carole King - "Tapestry" (1971)

Płyta, którą właśnie przesłuchałem, okazała się bardzo miłym zaskoczeniem! O wokalistce nigdy nie słyszałem i po popowym albumie z lat siedemdziesiątych nie spodziewałem się zbyt wiele... Już po pierwszym utworze w ucho wpada przyjemny głos artystki i odczuć można pozytywną energię płynącą z głośników! Nawet jak śpiewa ballady, można się przy nich dobrze bawić. A na koniec jeszcze niespodzianka dla mnie - laika, znany utwór Will You Love Me Tomorrow, którego Carol jest współautorką. Mówi się, że utwór ten był odpowiedzią na piosenkę Jej byłego chłopaka (Neil Sedaka) na piosenkę Oh Carol...   Najlepszy kawałek: "Will You Love Me Tomorrow".

27.02.2013

Dzień 211: The Who - "Who's Next" (1971)

Po włączeniu odtwarzacza wreszcie do mych uszu dotarły dźwięki, które lubię! Gitary, perkusja i dobry wokal to już dość realna obietnica czegoś ciekawego. A do tego inne instrumenty i niebanalne aranżacje sprawiają się słuchałem i chłonąłem tą muzykę bez opamiętania. Do tego dokonałem odkrycia, że to nie Limp Bizkit jest autorem Behind Blue Eyes... A wersja The Who wymiata niesamowicie. Ogólnie cała płyta wypełniona jest dobrym graniem, takim o jakim fan rocka może marzyć... Stary ale jary ;)
   Najlepszy kawałek: "Behind Blue Eyes".

26.02.2013

Dzień 210: The Bee Gees - "Trafalgar" (1971)

Przed przesłuchaniem kolejnej płyty Bee Gees miałem pewne obawy. I te obawy się niestety potwierdziły... Bez charakterystycznego falsetu, zespół jest, jak dla mnie jałowy, czegoś brakuje. Mamy zwyczajnie dwa głosy śpiewające razem dość niemrawe piosenki przy jeszcze bardziej niemrawej muzyce. Mam wrażenie, że nic się tu nie dzieje, a już na pewno nie wiem, czym płyta miałaby się wyróżniać spośród innych powstałych w tamtym okresie. Utwory wydają mi się podobne do siebie i gdyby nie pauzy pomiędzy nimi, mógłbym się nie zorientować kiedy kończy się jeden, a zaczyna kolejny...
   Najlepszy kawałek: "Greatest Man in the World".

25.02.2013

Dzień 209: Yes - "The Yes Album" (1971)

Pierwsze dźwięki gitar i perkusji brzmiały obiecująco! Wydawało mi się, że będzie "power". Jednakże im dalej, tym mniej mi się to wszystko podobało. Utwory jakieś przydługie i w sumie nic wielkiego podczas ich trwania się nie działo... Wokal również nie zrobił na mnie większego wrażenia - całość nie zrobiła na mnie wrażenia, jakiego się spodziewałem. Płyta ma momenty, które mogą się podobać. Wydaje mi się, że to jednak za mało, żeby pozostawiła trwały ślad w pamięci. Instrumentalny utwór The Clap całkiem niezły pomimo nielubianej przeze mnie specyficznej gitary...
   Najlepszy kawałek: "A Venture".

24.02.2013

Dzień 208: Marvin Gaye - "What's Going On" (1971)

Następny do kolekcji Pan śpiewający smutne piosenki... Podkreślam, że smutne wcale nie oznacza dla mnie, że są złe, ale jest to kolejny artysta, który tym właśnie stylem wcale do mnie nie trafia... W dodatku stosuje zabieg muzyczny, którego bardzo nie lubię. W 4 utworze, jeden głos mówi tekst, a za chwilę drugi śpiewa to samo. Nie! I jeszcze raz nie! Niby muzyka jest tu całkiem przyzwoita, ale wszystko to jakieś zbyt patetyczne... Z pewnością na klimat wpływ miała śmierć Tammiego Terreli, z którym śpiewał...
   Najlepszy kawałek: "Right On".

23.02.2013

Dzień 207: Sly And The Family Stone - "There's A Riot Goin' On" (1971)

Jak na muzykę soulową, której nie jestem fanem, ta płyta zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie! Choć mnogość wokalistów zazwyczaj mnie odstrasza, również ten element zupełnie mi nie przeszkadzał. Czułem pozytywną energię, którą chcą przekazać artyści. A przekrój ich jest tu całkiem spory - czarni, biali, mężczyźni, kobiety. Mamy również mieszankę instrumentów i elektroniki. Takie wypełnione wszystkim po brzegi utwory zazwyczaj nie prezentują się zbyt dobrze, ale tutaj znów działa na plus. Mamy więc chyba do czynienia z pewnym fenomenem. Bo choć koncepcja raczej nie dla mnie - płyta mi się podobała...
   Najlepszy kawałek: "Luv N' Haight".

22.02.2013

Dzień 206: David Crosby - "If I Could Only Remember My Name" (1971)

Bardzo spokojna muzyka. Bardzo nastrojowa i nostalgiczna, co można znów rozpoznać po okładce... Nie jest jednak nudno i przesadnie smutno. Gitarę słychać w bardzo przyjemny sposób. Wokal niczym bardzo się nie wyróżnia, ale za to idealnie komponuje się z muzyką. Nie jest to może granie na każdą okazję, ale z pewnością okazje do posłuchania się znajdą... Szkoda, że znów jest to artysta, któremu w karierze przeszkadzały uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Nie wykończyły go, na szczęście, ale odcisnęły swoje piętno...
   Najlepszy kawałek: "Music Is Love".

21.02.2013

Dzień 205: Jethro Tull - "Aqualung" (1971)

Bardzo przyjemna płyta! Zespół zupełnie mi nieznany, nawet nie obił mi się o uszy. A okazuje się, że istnieje do dziś! Ian Anderson, jak doczytałem, filar zespołu od początku gra na flecie. I ten instrument, z pewnością, nadaje oryginalności zespołowi i sprawia, że słucha się i podchodzi do tej muzyki zupełnie inaczej niż do innych wykonawców folk rocka. Pozytywnie się zaskoczyłem - nigdy nie wiadomo, kiedy się natrafi na coś ciekawego, a zespół i ich płyta należą z pewnością do wartych usłyszenia!
   Najlepszy kawałek: "Aqualung".

20.02.2013

Dzień 204: Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)

Kolejny artysta, którego chyba wolałem jak śpiewał w swoim macierzystym zespole. Choć Pink Floyd również grali psychodelicznego rocka, sam Syd stworzył tu ciężką, niepokojącą w dźwiękach płytę. Mimo, że królują tu spokojne kawałki, klimat jest doprawdy przedziwny... Myślałem również, że będzie trochę żywsze granie, ale nie jest najgorzej jak na moje gusta... Instrumentalnie bardziej mi się to wszystko podoba, aniżeli wokal Barretta. Z pewnością spora ilość środków psychodelicznych spożytych sprawiła, że płyta jest dość trudna w odbiorze...
   Najlepszy kawałek: "Love You".

19.02.2013

Dzień 203: Santana - "Abraxas" (1970)

Kolejna 40-letnia płyta, która wciąż jest aktualna, wciąż jej można słuchać i, co najważniejsze, brzmi współcześnie, nowocześnie... Brzmi tak, jak wielu artystów chciałoby, żeby brzmiały ich płyty! Na tym krążku są co najmniej trzy utwory znane chyba wszystkim, utwory, które pojawiają się w wielu stacjach radiowych pomiędzy kawałkami, które są aktualnie na topie. Tyle, że w odróżnieniu od nich, można powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa, będą się pojawiać jeszcze przez wiele, wiele lat. Taka muzyka nie zdarza się często!
   Najlepszy kawałek: "Black Magic Woman".

18.02.2013

Dzień 202: Paul McCartney - "Paul McCartney" (1970)

Płyta całkiem dobra, ale przyznam szczerze, że wolałem McCartneya jako członka The Beatles. Ogólnie poziom bardzo wysoki i nie można tej płycie niczego konkretnego zarzucić. Z całą pewnością z zespołem była to zupełnie inna muzyka, inny styl. I może właśnie z tego względu, krążek nie zrobił na mnie wrażenia, jakiego się spodziewałem. A spodziewałem się nieco żywszego, bardziej rockowego brzmienia. Krótko rzecz ujmując - płyta dobra, nawet bardzo, ale nie w moim guście!
   Najlepszy kawałek: "Maybe I'm Amazed".

17.02.2013

Dzień 201: James Taylor - "Sweet Baby James" (1970)


Kolejny Smutas, niestety. Znów po samym zdjęciu zamyślonego chłopca na okładce możemy wnioskować, że do dźwięków z tej płyty raczej potańczyć się nie da... Nie są to, na szczęście, pieśni pogrzebowe, ale ogólnie jest smutno... Smutno, ale nie tragicznie, gdyż aż taki zły i monotonny ten krążek nie jest. Pomimo lekkiej nutki ironii, jakiej się dopuściłem, daje się tego wszystkiego wysłuchać bez paczki chusteczek ;) Zaczynam się już chyba też przyzwyczajać do tego typu amerykańskich pieśniarzy i biorę za fakt, że ten typ tak ma...
   Najlepszy kawałek: "Suite For 20 G", ze względu na końcówkę...

16.02.2013

Dzień 200: The Stooges - "Fun House" (1970)

Pomijając ekscesy sceniczne Iggy Popa, wszystko to, czego nie można zobaczyć słuchając płyty audio, wokalista ma wiele do zaoferowania swoim słuchaczom! Dziki wokal pasuje do jego temperamentu i słychać, że artysta się nie oszczędza! I słychać również, że jest w swoim żywiole. Nic dziwnego, że jest uważany za jednego z ważniejszych prekursorów punk rocka. Pomimo momentami chaotycznej muzyki, krzyków i hałasu, jaki robi cały zespół, słucha się świetnie i znów trudno mi uwierzyć, że krążek ma już tyle lat...
   Najlepszy kawałek: "T.V. Eye".

15.02.2013

Dzień 199: Traffic - "John Barleycorn must die" (1970)

To już druga płyta tegoż zespołu, której słuchałem z prawdziwą przyjemnością! Bardzo ładnie brzmią instrumenty, szczególnie pierwszy utwór, bez wokalu, z fortepianem, saksofonem. "Miodzio" można by rzec. Choć to tylko kilka utworów, dzieje się na płycie bardzo wiele, bo oprócz wspomnianych instrumentów, wokalista spisuje się naprawdę wyśmienicie, jak choćby w Freedom Rider... Ogólnie wszystkie kawałki układają się w spójną całość, uzupełniają nawzajem. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, jakby zespół nie chciał trafić do konkretnego odbiorcy, dać zaszufladkować płytę. Grają bardzo uniwersalnie, ale nie powściągliwie. Jedna z tych propozycji, w której każdy powinien znaleźć coś dla siebie...
   Najlepszy kawałek: "Glad".

14.02.2013

Dzień 198: Cat Stevens - "Tea For The Tillerman" (1970)

Dość ciekawa propozycja. Artysty nie znałem wcześniej ani pod pseudonimem Cat Stevens, ani pod prawdziwym nazwiskiem Yusuf Islam. Głos dość charakterystyczny, co słychać szczególnie w jego największym przeboju Wild World. Swoją drogą, zawsze myślałem, że to Mr.Big napisali ten utwór... I wydawał mi się największym hitem tejże grupy... Niewiedza prowadzi zwykle do błędnych wniosków. Wracając do Stevensa, innych kandydatów na przeboje nie znalazłem, ale płyta warta posłuchania, jest w niej coś oryginalnego...
   Najlepszy kawałek: "Wild World".

13.02.2013

Dzień 197: Simon And Garfunkel - "Bridge over troubled water" (1970)

Szczerze powiem, że z przerażeniem w oczach (i w uszach) podchodziłem do tej płyty. Panowie poprzednio zanudzili mnie niemal na śmierć... Pierwszy utwór z płyty niestety potwierdził moje obawy, potem, na szczęście mamy dwa znane dość przeboje. Kawałki te wpadają w ucho, więc daje się słuchać (być może również przez osłuchanie z nimi). Później, o dziwo, nie było źle. Zdarzały się smęty, ale ogólnie płyta wypadła o niebo lepiej niż moje oczekiwania. Lubię się czasem w taki sposób zaskoczyć...
   Najlepszy kawałek: "El Condor Pasa".

12.02.2013

Dzień 196: George Harrison - "All things must pass" (1970)

Nieco obawiałem się tej płyty. Szanuję twórczość The Beatles, nie znam co prawda wszystkiego, co nagrali, ale są w swoim gatunku niepokonani. Podchodzę więc z rezerwą do wszelkich solowych poczynań członków legendarnych zespołów. Obawy, na szczęście, były bezpodstawne. Harrison nagrał ciekawą płytę. Bardzo długą, należy zauważyć, gdyż niecodzienne są albumy trwające ponad dwie godziny. Czas jednak należy uznać za spożytkowany bardzo dobrze! Przyjemna porcja dobrego grania! 
   Najlepszy kawałek: "Isn't It A Pity".

11.02.2013

Dzień 195: Rod Stewart - "Gasoline Alley" (1970)

To niesamowite, że głos Stewarta nie zmienił się przez ponad 40 lat. Brzmiał i brzmi genialnie. Mamy płytę pełną świetnie zagranych i zaśpiewanych utworów. Mamy szybsze kawałki jak i ballady. Jest to jednocześnie przykład, że można śpiewać wolne, niekiedy smutne piosenki w piękny sposób, nie robiąc z tego melodramatu (co zdarzało się ostatnio często dość). Choć ogólnie taki pop-soul nie jest moją pasją, muszę przyznać, że płyta wpłynęła na mnie bardzo pozytywnie i uspokajająco...
   Najlepszy kawałek: "Gasoline Alley".

10.02.2013

Dzień 194: Soft Machine - "Third" (1970)

To dopiero specyficzny album. Niby rockowy, ale jest to rock progresywny... Jednak za dużo tu wirtuozerii... Utwory są bardzo długie, po blisko 20 minut każdy. Przy tym są, jak dla mnie, przesadnie wyrafinowane. Czasem miałem wrażenie, że więcej tu improwizacji niż kompozycji... Ogólnie nie mogę powiedzieć, że to zła płyta. Poziom bardzo wysoki i zaangażowanie artystyczne muzyków niesamowite. To się daje odczuć. Jednakże to kolejny dowód, że takie ambitne granie nie podoba się szerszemu gronu słuchaczy, bo grupa nie zdobyła wielkiej popularności. Ja również nie potrafię się jednoznacznie opowiedzieć na "tak" lub na "nie".
   Najlepszy kawałek: "Out-bloody-rageous".

9.02.2013

Dzień 193: The Who - "Live At Leeds" (1970)

No i wreszcie jakieś porządne granie! Są gitary, jest perkusja, jest energia, jest prawdziwa radość ze słuchania! W ogóle nie odczułem, że jest to wersja live - świetnie nagrane jak na tamte czasy. Ważne jednak jest to, że ożywiłem się po ostatnich kilku dniach słuchania dość jednostajnej muzyki! Tu wreszcie poczułem, że słucham tego, czego lubię i nie mam się zupełnie do czego doczepić! Może tylko do tego, że album jest za krótki. Zakładam, że to nie cały koncert, bo mamy zaledwie 40 minut muzyki... A szkoda, szkoda!!
  Najlepszy kawałek: "Young Man".

8.02.2013

Dzień 192: Ananda Shankar - "Ananda Shankar" (1970)

Przyznać muszę, że początek nie był zły;) Jednakże im dalej, tym muzyka ta okazywała się coraz bardziej męcząca. Oczywiście wiodącym instrumentem jest tu sitar. Wirtuoz tego przedziwnego sprzętu, Ravi Shankar ze swoją płytą był już przeze mnie opisywany. Żeby słuchać folku indyjskiego trzeba się do sitaru przyzwyczaić. Nie jest to łatwe, gdyż wydaje dźwięki, które mogą jednemu koić nerwy, innemu na nie oddziaływać zdecydowanie negatywnie. Co o płycie myśleć, sam już nie wiem... Są tu ciekawe utwory i czasem pomimo odmienności dźwięków dobywających się z głośników, podobało mi się... Zdecydowanie warto posłuchać, gdyż raczej bardzo rzadko jest nam dane usłyszeć takie granie...
   Najlepszy kawałek: "Light My Fire". Lepsza muzyka niż w oryginale ;)

7.02.2013

Dzień 191: Nick Drake - "Bryter Layter" (1970)

Kolejny smutas mi się trafił... Jakoś nie potrafię przekonać się do takich melodii... I szczerze powiem - nie mam zamiaru. To muzyka zdecydowanie nie dla mnie! Jedyne, co ratuje ta płytę, to różnorodność instrumentów. Przyjemnie się wsłuchać w kilka dźwięków nie tkniętych przez płaczące partie wokalne. Te momenty sprawiły, że dałem radę dobrnąć do końca ;) Swoją drogą już sama okładka sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z niebezpiecznym dla psychiki materiałem...
   Najlepszy kawałek: "Bryter Layter".

6.02.2013

Dzień 190: The Grateful Dead - " American Beauty" (1970)

Dostrzegłem pewną prawidłowość w swoich osądach na temat przesłuchanych płyt. Otóż zespół gdzie jest więcej niż jeden wokalista męski, działa mi na nerwy. Szczególnie irytują mnie fragmenty, gdzie jeden z nich robi za chórek! Jest tak, na przykład, w utworze Brokedown Palace. Sam styl płyty również nie przypadł mi do gustu. Za bardzo to wszystko cukierkowe, urocze i grzeczne! Brakuje jakiegoś konkretnego akcentu na tej płycie. Muzyka też się, jak dla mnie, niczym szczególnie nie wyróżnia. Taki oto poprawny album!
   Najlepszy kawałek: "Till The Morning Comes".

5.02.2013

Dzień 189: Van Morrison - "Moondance" (1970)

Powiem szczerze, że całkiem pozytywnie mnie zaskoczył ten album. Czytając o Van Morrisonie, jakim typem muzyki się trudził nie spodziewałem się, że wpadną mi w ucho takie kawałki. No może przesadziłem - nie będę ich nucił pod nosem, ale oceniam tą mieszankę country, soulu i pewnie jeszcze kilku innych gatunków jako co najmniej przyzwoitą. Może to barwa jego głosu wpłynęła na moją ocenę, może coś innego - nie wiem. Z pewnością ta płyta nastroiła mnie jakoś pozytywnie. Nawet jak śpiewa ballady, nie są one łzawe i przesadnie "przysmucane". Brzmi to wszystko ładnie, wokalista tworzy monolit z zespołem. I o to chodzi!!
   Najlepszy kawałek: "And It Stoned Me".

4.02.2013

Dzień 188: Deep Purple - "In Rock" (1970)

Kawał dobrego grania! Przesłuchałem tą płytę kilka razy, bo w sumie dość krótka i nie mogłem się nacieszyć. Nigdy wcześniej nie interesowałem się twórczością tejże grupy i było to kolejne muzyczne faux-pa z mojej strony! W sumie wymienia się ich obok Led Zeppelin i Black Sabbath jako pionierów ostrego rockowego i metalowego brzmienia. Czy słusznie nazywani Najgłośniejszą Grupą Świata - nie wiem, ale na pewno wymiatają na gitarach i robią hałas, którego przyjemnie się słucha!
   Najlepszy kawałek: "Speed King".

3.02.2013

Dzień 187: Led Zeppelin - "Led Zeppelin III" (1970)

Co tu wielce się rozpisywać - kolejna, oznaczona numerem III płyta i kolejne minuty świetnej przygody z muzyką! Żeby się nie powtarzać z zachwytami, postanowiłem rozszyfrować nazwę zespołu. Otóż Jimmy Page po odejściu z Yardbirds, postanowił utworzyć supergrupę (która w proponowanym przez Page'a składzie nigdy nie powstała), gdzie zagrać mieli, wraz z Jeffem Beckiem Keith Moon oraz John Entwistle z The Who. Ci ostatni stwierdzili, że grupa pikowałaby w takiej konfiguracji jak ołowiany balon (lead baloon). Manager Peter Grant zaproponował, wyrzucenie litery a, żeby nie wymawiano pierwszego członu leed, a baloon zastąpiono zeppelinem... I tak oto 25 października 1968 roku powstała nazwa Led Zeppelin!
   Najlepszy kawałek: "Immigrant Song".

2.02.2013

Dzień 186: Neil Young - "After The Gold Rush" (1970)

Coś ostatnio za dużo tutaj smutnych, melancholijnych płyt. Dość wysoka barwa głosu wokalisty w Don't Let It Bring You Down też nie pomogła mi zostać Jego fanem. Do tego harmonijka ustna przewijająca się gdzieniegdzie... Taki wyciskacz łez z tego Pana... Może i nie byłoby w tym nic złego, ale to kolejna fala podobnych sobie płyt z ostatniego okresu. Można przez to popaść w monotonię i stracić ochotę na skupianie się na całości materiału zawartego na krążku. Przydałoby się coś żywszego i coś, oryginalnego, co wpadłoby w ucho...
   Najlepszy kawałek: "Cripple Creek Ferry".

1.02.2013

Dzień 185: Black Sabbath - "Paranoid" (1970)

No wreszcie porządne łomotanie! ;) Ozzy ma coś w sobie takiego, co sprawia, że nie można porównać Go z żadnym innym wokalistą rockowym czy metalowym. Brzmienie tej płyty podoba mi się o wiele bardziej niż to z pierwszej płyty Black Sabbath! Jest energiczna, świetnie zagrana i zaśpiewana! Świetne brzmienie perkusji i gitary. Zachwycony jestem materiałem u zawartym! Nic tylko ustawić kolumny, wzmacniacz na 3/4 mocy i wsłuchać się w Paranoid!
   Najlepszy kawałek: "Paranoid".