31.08.2012

Dzień 31: Ray Charles - "Modern Sounds In Country And Western Music" (1962)

Wszystkie płyty Raya Charlesa powinny mieć tytuł taki, jak pierwsza tu opisywana - "Genius of Ray Charles" i po prostu kolejno numerowane! :) Tyle tu oryginalności, pomysłów, wirtuozerii, świetnych partii wokalnych... Mamy tu mnóstwo świetnej zabawy. Nawet znana nam (najczęściej z lekcji angielskiego) piosenka "You are my sunshine" brzmi tu zupełnie inaczej, prawie nierozpoznawalnie ;) To kolejna z płyt, o której tak naprawdę nie jestem godzien pisać. Chylę czoło, padam na kolana i tak dalej...
   Najlepszy kawałek: "Bye bye love". Zaśpiewali go jako pierwsi Everly Brothers, ale Ray lepiej ;)

30.08.2012

Dzień 30: Bill Evans - "Sunday at the Village Vanguard" (1961)

Ach ten bas... Wiem, że to płyta Billa Evansa - wybitnego pianisty, ale cały ten album jest tak przesycony głębokim brzmieniem, że nie mogłem o nim nie wspomnieć, szczególnie, że basista Scott LaFarro zginął 10 dni po nagraniu w wypadku samochodowym! Utwory na pewno wybitne, wykonanie perfekcyjne. Mógłbym się długo rozczulać nad tą płytą. Ale po co - lepiej jej posłuchać jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Szkoda, że ten wybitny muzyk został pokonany przez swoje uzależnienie od narkotyków. Zainspirował wielu, a mógłby jeszcze więcej... I zgodzę się z tymi, którzy twierdzą, że to prawdopodobnie najlepszy album jazzowy na żywo
   Najlepszy kawałek: biorę wszystko - bez zastanowienia!

29.08.2012

Dzień 29: Muddy Waters - "Muddy Waters At Newport" (1960)

Kolejna płyta "na żywo". Tym razem mam dobre wspomnienia. Zapowiedź, muzyka, oklaski. Wszystko w sensownych ilościach - czyli z przewagą muzyki! A ta sama w sobie jak najbardziej do zaakceptowania. Harmonijka, choć to również instrument, za którym nie przepadam, była bardzo dobrym uzupełnieniem reszty instrumentów. Jest spokojnie i klimatycznie, jest bluesowo. Bez szaleństw... Nie jest to dla mnie pozycja, która zapadnie na długo w pamięć, ale na pewno warta przesłuchania co najmniej raz w życiu. 
   Najlepszy kawałek: "Tiger In Your Tank".

28.08.2012

Dzień 28: Jimmy Smith - "Back At The Chicken Shack" (1960)

Jimmy Smith - wirtuoz organów Hammonda... Szczerze powiem, że nie przepadam za tym instrumentem. Szczególnie, jeśli jest to instrument wiodący. Gdzieś dodatkowo słychać saksofon, który ratuje sytuację. Same utwory są przyjemne, ale wspomniane organy kojarzą mi się z muzyką sakralną. Z taką myślą, poza tym, konstruktor je tworzył. Inną sprawą jest, że Hammond nie znosił jazzu :) Oczywiście da się tego słuchać i nie jest to jakaś męczarnia;) i doceniam wpływ jego muzyki na późniejszych wykonawców. Procol Harum (za którymi też nie przepadam) używało tego samego instrumentu. A z bardziej przeze mnie cenionych - Pink Floyd i Czesław Niemen...
   Najlepszy kawałek: "On The Sunny Side Of The Street".

27.08.2012

Dzień 27: The Everly Brothers - "A Date with The Everly Brothers" (1960)

Jakoś tak za słodko jak dla mnie! Śpiewają sobie chłopcy na dwa głosy piosenki o miłości. Nie jest to jakieś bardzo tragiczne, ale nie mój typ. Wszystkie utwory wydają mi się podobne do siebie... Przez to płyta wydaje mi się nudna i monotonna. Podobno styl ich śpiewu naśladowali później Paul McCartney i John Lennon w The Beatles. Ale jeśli rzeczywiście tak było, to Panom Brytyjczykom wychodziło to o niebo lepiej... Może to przez teksty. Może przez ich młody wiek... Nie wiem, ale niestety bracia Every nie przypadli mi do gustu...
   Najlepszy kawałek: "Donna Donna".

26.08.2012

Dzień 26: Miriam Makeba - "Miriam Makeba" (1960)

Słuchając kolejnych płyt, zastanawiałem się, kiedy pojawi się pierwsza propozycja nieamerykańska. Oto i ona. Artyska z Południowej Afryki warta jest posłuchania. Rytmy, powiedziałbym, typowo afrykańskie mają w sobie pewną tajemniczość, oryginalność! Sprawia to, że słucha się ich z dreszczykiem emocji. Co prawda po kilku utworach dreszczyk mija i jest trochę monotonnie, ale i tak mamy do czynienia z pozytywną dawką egzotyki ;) Cóż - uważam, że płyta ma zasłużone miejsce na liście tych, których posłuchać należy - chociaż raz - jeśli nawet postanowimy więcej po nią nie sięgać... A tak na marginesie - podoba mi się jej ksywa: Mama Africa :)
   Najlepszy kawałek: "The retreat song".

25.08.2012

Dzień 25: Elvis Presley - "Elvis is back!" (1960)

Z niecierpliwością czekałem na kolejną płytę Elvisa! Słuchało mi się jej bardzo dobrze, ale miałem pewien niedosyt... Głos króla rock and rolla był tu jakiś mniej charakterystyczny, jakiś nie-elvisowy. Płyta wydała mi się również mniej rokendrolowa... Może poprzeczka była za wysoko po poprzedniej? Nie kwestionuję tu oczywiście geniuszu artysty, może fakt, że nie było tu wielkich, znanych przebojów sprawił, że Elvis zabrzmiał mi nieco obco... Przyznam się również, że nie słyszałem w jego wykonaniu piosenki "Fever", co akurat było miłą niespodzianką, bo zaśpiewał naturalnie świetnie! Oczywiście polecam powrót Elvisa pomimo, że jest to płyta, moim zdaniem, zupełnie inna od poprzedniej...
   Najlepszy kawałek: "Fever".

24.08.2012

Dzień 24: Joan Baez - "Joan Baez" (1960)

Przyszedł czas na płyty z lat sześćdziesiątych. Muszę powiedzieć, że umęczyłem się strasznie słuchając tej pani... Dla mnie to, niestety, zawodzenie straszne! Znawcy z pewnością by mnie wyklęli, ale nie mogłem tego słuchać. Leniwe brzdąkanie na gitarze plus przeciągane każde wyśpiewane słowo sprawiły, że był to dla mnie koszmar od pierwszej nuty. Dalej powinno być już lepiej - od 1960 - 1969 powstało wiele wspaniałych płyt. Cóż... Myślę, że po powyższą płytę już nie sięgnę, szybko o niej zapomnę i będę delektować się resztą tej wspaniałej dekady...
   Najlepszy kawałek: ponownie - nie da się nic z tego wybrać!!!

23.08.2012

Dzień 23: The Dave Brubeck Quartet - "Time Out" (1959)

Jazz, jazz i jeszcze raz jazz! Jak na razie się nie nudzi. Kolejne kilkadziesiąt minut dobrego grania. Tym razem kwartet Dave'a Brubeck'a wkłada nam muzyczną dawkę do uszu. Jest to dawka przyjemna. Nie będę się tu zbytnio rozwodził. Podoba mi się i już! Gatunek "nieco" przeze mnie faworyzowany, więc jest bardziej subiektywnie niż w innych przypadkach... Choć myślę, że obiektywnie też powinienem ocenić "Time out" bardzo dobrze. Wyszło mi trochę "masło maślane", ale co tam... Pisarzem nie jestem;)
   Najlepszy kawałek: "Blue Rondo à la Turk".

22.08.2012

Dzień 22: Marty Robbins - "Gunfighter ballads and trail songs" (1959)

Nie, nie i jeszcze raz nie... Tak jak poprzednią płytę country zachwalałem, tak tej nie mogłem znieść! Wszystkie piosenki wydawały mi się takie same. Melodia "na jedno kopyto". Dłużyło mi się bardzo. Zapewne jako ścieżka dźwiękowa do westernu utwory byłyby ok i nie działały na mnie jak płachta na byka, ale tu jeszcze raz mówię NIE! Wychodzi na to, że ten gatunek muzyczny pasuje mi tylko w szczególnych przypadkach i w niewielkich ilościach. Oznaczam płytę jako: "tylko dla fanatyków" ;)
   Najlepszy kawałek: ciężko wybrać jeśli coś się po prostu nie podoba.

21.08.2012

Dzień 21: Miles Davis - "Kind of blue" (1959)

Trąbka Milesa potrafi czynić cuda! No może nie sama, bo Davis po prostu wie, jak za jej pomocą te cuda tworzyć ;) Mimo, że płyta składa się tylko z 5 utworów, jest pięknie! Bardzo spokojnie, wręcz melancholijnie. Nie jest to propozycja na każdą okazję, ale warto sięgnąć po nią od czasu do czasu, bo takich płyt już się po prostu nie nagrywa... Z jednej strony wielka to szkoda, a z drugiej - możemy w pełni docenić to, co nagrane zostało dziesiątki lat temu! Artyści byli niepowtarzalni, ich dzieła wywarły ogromny wpływ na późniejszych muzyków. Tak tworzyła się historia!
   Najlepszy kawałek: "All Blues".

20.08.2012

Dzień 20: Ray Charles - "The Genius of Ray Charles" (1959)

Nazwisko Raya Charlesa na płycie gwarantuje, że będzie to rarytas. Choć nie ma tutaj wielkich, znanych przebojów - jest czego posłuchać. Głos wraz z genialnymi popisami fortepianowymi dają mieszankę wybuchową! Oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Jeśli ktoś nie był zaznajomiony z jego twórczością, a po obejrzeniu filmu "Ray", czuł niedosyt, to jest to płyta właśnie dla niego! Zadziwiające jest, że pomimo mnóstwa piosenek, jakie nagrał (dyskografia jest naprawdę imponująca), nie czuje się powtarzalności, znudzenia podczas słuchania! Tak może nagrywać tylko geniusz...
   Najlepszy kawałek: "Let The Good Times Roll".

19.08.2012

Dzień 19: Ella Fitzgerald - "Sings the Gershwin Song Book" (1959)

Dwa piękne, magnetyczne głosy, dzień po dniu to naprawdę miły zestaw weekendowy ;) Właśnie od Elli Fitzgerald rozpoczęła się moja "przygoda" z jazzem. Najpierw były jej utwory i płyty, później wieczory jazzowe w Piwnicy 21. Poprzeczkę oczywiście Ella stawia bardzo wysoko, bo to genialna postać! Muzyka na żywo rządzi się jednak swoimi prawami, więc na szczęście koncerty mniej utytułowanych muzyków niemalże nigdy mnie nie rozczarowały. Pamiętam, że śpiewała kiedyś dziewczyna, która we wspomnianym lokalu była również barmanką. Piękny był to głos! Później wyjechała (ponoć w trasę) i tyle ją widziałem (słyszałem). Ale, wracając do tematu, płyta ma 53 utwory. To 3 godziny grania! Wysłuchałem dziś dwukrotnie i mógłbym jeszcze! Jest tu też jedna z moich ulubionych piosenek w ogóle - "Let's Call The Whole Thing Off". Uwielbiam ten tekst, każde wykonanie! Tu oczywiście pięknie... jak cała reszta utworów...
   Najlepszy kawałek: "Let's Call The Whole Thing Off".

18.08.2012

Dzień 18: Sarah Vaughan - "Sarah Vaughan at Mister Kelly's" (1958)

Jak dla mnie - jazz najlepiej brzmi, gdy towarzyszy mu wokal kobiecy. Najlepiej, oczywiście, gdy jest to piękny głos. Zapisu koncertu Sarah słucha się bardzo przyjemnie. Ogólnie nie jestem fanem płyt live, ale tutaj wszystko brzmi naprawdę ładnie, spójnie. Krótkie zapowiedzi, słychać oklaski, śmiech publiczności. Jest miło i kameralnie! Najważniejsze, że płyta zadziałała na mnie tak, jak powinna - wprawiła mnie w dobry nastrój, uspokoiła. Nadaje się idealnie na wieczór po ciężkim dniu! Ukojenie gwarantowane.
   Najlepszy kawałek: "If This Isn't Love".

17.08.2012

Dzień 17: Jack Elliott - "Jack takes the floor" (1958)

Zacznę bez ogródek - płyta zupełnie nie przypadła mi do gustu. Po pierwszych kawałkach byłem znudzony, więc i reszcie ciężko było przekonać mnie do słuchania więcej niż jeden raz... Całość nazwałbym takim kowbojskim graniem, ale po kilku głębszych i w dodatku jeszcze po rodeo;) Było zbyt wolno i zbyt melancholijnie. Nie mam nic przeciwko spokojnej muzyce, ale takowa musi mnie czymś porwać! A tu niestety wspomniane działanie nie wystąpiło... Światełkiem w tunelu był utwór "Grey Goose", który mnie po prostu rozbawił. "Lalalalala" brzmiało naprawdę... groteskowo. Ogólnie nie dyskryminuję muzyki folkowej, ale to zdecydowanie nie mój klimat. Uważam, że to pozycja dla zagorzałych fanów...
   Najśmieszniejszy kawałek: "Grey Goose".

16.08.2012

Dzień 16: Billie Holiday - "Lady in Satin" (1958)

Głos Billie Holiday jest mi znany, samo nazwisko też... Nie potrafiłem jednak wymienić żadnej wykonywanej przez nią piosenki. Dopiero po przesłuchaniu całości nieco mi się rozjaśniło! Piękne ballady kołysały mnie (tym razem w pracy - co też nie było dobre), gdy dwukrotnie przesłuchiwałem płytę... Szkoda, że jej życie musiał spotkać koniec, jaki spotkał wiele gwiazd, głównie później... Problemy z alkoholem i narkotykami przerwały to, co mogło trwać dalej. Mogło powstać wiele pięknych utworów... Cieszmy się jednak z tego, co mamy - cudownie melodyjną, wiecznie żywą płytę!
   Najlepszy kawałek: "You Don't Know What Love Is".

15.08.2012

Dzień 15: Tito Puente - "Dance Mania Vol.1" (1958)

Skłamałbym, gdybym napisał, że znałem Tito Puente z czegoś oprócz "Oye Como Va", wykonywanego przez Carlosa Santanę! Tymczasem jego dyskografia jest impoująca, pozostawał aktywny na scenie przez 50 lat. Płyta, której teraz słuchałem to naprawdę Dance Mania, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Latynoskie rytmy, których nie powstydziłaby się współczesna impreza wręcz zmuszają do tańca! I pewnie bym potańczył (użycie tego słowa jest dyskusyjne, powiedzmy, że poruszałbym rękoma i nogami w rytm muzyki), gdybym akurat nie siedział w samochodzie! Na zabawę w stylu latino, a w sumie na każdą imprezę - Król Mambo nadaje się znakomicie!
   Najlepszy kawałek: "El Cayuco".

14.08.2012

Dzień 14: Little Richard - "Here's Little Richard" (1957)

Krzykliwy Little Richard wkładał w swoje piosenki olbrzymie ilości energii. Ta energia przechodzi na słuchacza. Jego głos plus dźwięki fortepianu sprawiły, że rock & roll nabrał właściwej sobie formy! Słucha się go z dużą przyjemnością, choć momentami zbytnio kojarzy mi się z muzyką gospel... A cały kościół pod przewodnictwem kaznodziei śpiewający i tańczący jakoś do mnie nie trafia... Nawiasem mówiąc - Richard później został pastorem... Może więc moje skojarzenia nie są bezpodstawne... Co by nie mówić - to on właśnie jest autorem słynnego utworu "Tutti Frutti", śpiewanego później przez wielu wykonawców. 
   Najlepszy kawałek: "Long Tall Sally".

13.08.2012

Dzień 13: Machito - "Kenya" (1957)

"Afro-cuban jazz" - taki napis widnieje na okładce płyty. Rzadko można usłyszeć takie połączenie. I jest to połączenie niezwykle udane (nasuwa mi się skojarzenie, że to połączenie płyt z dwóch ostatnich dni). Mnóstwo instrumentów - bębny różnego rodzaju, pianino, trąbka - wszystko razem daje bardzo energiczny klimat. Do słuchania takiej płyty odpowiednie są każde warunki, muzyka nie rozprasza, może stanowić przyjemne tło do pracy, do jazdy samochodem, czy domowego popołudnia. Bardzo podoba mi się zdanie Mario Bauzy, jednego z twórców tej płyty "Jeśli masz rytm - masz wszystko. Bez rytmu nie masz niczego".
   Najlepszy kawałek: "Holiday".

12.08.2012

Dzień 12: Miles Davis - "Birth of the cool" (1957)

Płyty Milesa Davisa nie mogło zabraknąć w gronie 1001. Geniusz trąbki wprowadza nas w klimat jazzowy z właściwą sobie wirtuozerią. Lekkość, z jaką zagrane są utwory daje się słyszeć. Myślę, że właśnie dlatego odnajdujemy wiele przyjemności ze słuchania nagrań z "Birth of the cool". Kolejny raz nie "przeszkadza" nam  żaden wokalista - większość albumu to popisy instrumentalne. Uważam, że to pozycja obowiązkowa, nie da się opisać - trzeba po prostu posłuchać.
   Najlepszy kawałek: "Move".

11.08.2012

Dzień 11: Sabu - "Palo Congo" (1957)

Po pierwszym przesłuchanym utworze pomyślałem sobie - fajne "kubańskie" rytmy - może być ciekawie! Lecz drugi kawałek, który brzmiał nieco jak zapis jakiegoś tajnego zebrania (sekty może ;). Nie do końca to do mnie przemawia. Choć ogólnie płyta jest dość ciekawa - bębny konga mają swój specyficzny klimat. Godny zapamiętania jest utwór "Rhapsodia del Maravilloso". Pozostaje jednak niedosyt. 8 utworów to moim zdaniem za mało, żeby w pełni przekonać mnie do połączenia afro-kubańskich rytmów z jazzem. Niemniej jednak - cenne doświadczenie muzyczne!
   Najlepszy kawałek: "El Cumbanchero".

10.08.2012

Dzień 10: Thelonious Monk - "Brilliant Corners" (1957)


Thelonious Monk to pianista, którego twórczość odbiega od jazzowych standardów tamtej epoki. Znany był z zamiłowania do improwizacji... Pomimo, że na płycie znajduje się tylko 5 utworów, to jednak słuchamy jej przez trzy kwadranse i odnosi się wrażenie, że to luźne kompozycje zgrabnie ze sobą połączone - szczególnie utwór 2, trwający 15 minut. Kolejna przyjemna propozycja, która pozwala się skupić na instrumentach. Nie usłyszymy tu żadnego wokalu. Momentami jest cicho i spokojnie po to, by za chwilę przyspieszyć, dodać kilka instrumentów i ciekawych aranżacji..
   Najlepszy kawałek: "Brilliant Corners".

9.08.2012

Dzień 9: Count Basie - "The Atomic Mr. Basie" (1957)

Nie będę ukrywać, że jest to kolejna płyta, której nie znałem. Tym razem zmierzyłem się z jazzowym graniem bez wokalu. Bardzo mi to przypadło do gustu... Kawałki są bardzo energiczne i przyjemnie się ich słucha. Trąbka w odróżnieniu od płyty sprzed kilku dni nie tylko nie jest denerwująca! Stanowi jedność z dźwiękami fortepianu i sprawia, że kompozycje zyskują niepowtarzalny klimat. William James Basie, bo tak brzmi pełne nazwisko tego  wybitnego pianisty grał przez prawie 50 lat. Zamierzam zapoznać się z przynajmniej częścią jego twórczości, gdyż to naprawdę muzyka dobra na każdą okazję... A do tego "Hrabia" Basie gwarantuje doznania wyjątkowej klasy!
   Najlepszy kawałek: "The Kid From Red Bank".

8.08.2012

Dzień 8: The Crickets - "The 'Chirping' Crickets" (1957)

Buddy Holly and The Crickets to kolejna rewelacyjna propozycja! Słuchając utworów zupełnie nie odczuwa się ile to już lat minęło od wydania tejże płyty. I jest to uzasadnione, gdyż Buddy Holly uważany był za wizjonera, dużo eksperymentował z muzyką i mówi się, że wyprzedził znacznie swoją epokę! Piosenki są bardzo energiczne, rytmiczne i przyjemne w odbiorze! Pomimo krótkiego trwania płyty 16 utworów to naprawdę solidna porcja dobrego brzmienia! Buddy Holly, jak przeczytałem działał czynnie jedynie przez 18 miesięcy. Nagrał bardzo wiele utworów zanim zginął w wypadku lotniczym! Ten dzień przeszedł do historii jako "The Day the Music Died"!
   Najlepszy kawałek: "Rock me my baby".

7.08.2012

Dzień 7: Frank Sinatra - "Songs for Swingin' Lovers!" (1956)

Bardzo ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że po kilku dniach do przesłuchania mam kolejną płytę Sinatry! Spodziewałem się oczywiście równie wspaniałych utworów, co w przypadku pierwszej! I nie zawiodłem się :) Przesłuchałem kilkakrotnie i za każdym razem podobała mi się bardziej! Sinatra śpiewa z zupełną lekkością, bez wysiłku. Słychać też, że utwory są znacznie weselsze niż te z "In the wee small hours"! Nic tylko słuchać i cieszyć się z każdej nuty! Uważam, że to muzyka z górnej półki. Wielka szkoda, że utwory z takich płyt goszczą w radio i telewizji bardzo rzadko i ustępują miejsca tandecie i komercji...
   Najlepszy kawałek: "You make me feel so young".

6.08.2012

Dzień 6: Duke Ellington - "Ellington At Newport" (1956)

Po euforii wynikającej z wysłuchania poprzednich kilku płyt, przyszła pora na jęki niezadowolenia z mojej strony... Choć ta mieszanka nagrań na żywo i w studio była najlepiej sprzedającą się płytą w karierze Duke'a - ja po prostu czekałem na koniec, gdyż baaardzo mi się dłużyła... Strasznie długie (2-3 minuty) przerywniki między utworami - przedstawianie kolejnych muzyków nie przypadły mi do gustu - wybijały mnie z nastroju... Rozczarowałem się tak naprawdę już po pierwszym utworze - hymn USA na początek wzbudził we mnie niesmak... Kolejny raz podkreślę, że znawcą nie jestem, ale trąbka tak wibrowała mi w uszach, że zwyczajnie nie mogłem tego słuchać... Widocznie na niektóre doznania muzyczne nie jestem jeszcze gotowy i być może nigdy nie będę! I dobrze! Nie musi mi się podobać wszystko, co autor umieścił w książce. O gustach się nie dyskutuje, nieprawdaż? :)
    Najlepszy kawałek: hmmmm...

5.08.2012

Dzień 5: Fats Domino - "This Is Fats" (1956)

Fats Domino to również ciekawa propozycja. Nie ma tu, co prawda wielkich hitów, jakie mieściły się na płytach Elvisa, czy Sinatry, ale słucha się tego bardzo przyjemnie! Czy ta pozycja powinna znaleźć się w gronie tych, które usłyszeć trzeba - nie wiem. Mimo dobrych wrażeń pop przesłuchaniu, utwory nie pozostały mi w pamięci zbyt długo... To są oczywiście moje odczucia, być może znawcy ostro zaprotestują :) Jak później wyczytałem - jego muzyka była czymś pomiędzy R&B i rockiem i wpłynęła na wielu wykonawców - od Pata Boone po The Beatles...
    Najlepszy kawałek: "Blueberry Hill".

4.08.2012

Dzień 4: Louis Prima - "The Wildest!" (1956)

Niegdyś w poznańskiej (niestety już nieistniejącej) Piwnicy 21 odbywały się czwartki jazzowe. Występowali tam artyści raczej nieznani szerszej publiczności. Chodziłem na te koncerty regularnie i bardzo się w ten gatunek muzyczny wkręciłem. Zawsze wprawiał mnie w dobry nastrój! Louis to kolejny artysta, którego wcześniej nie znałem, choć znane są jego swingowe utwory, takie jak "Sing sing sing". Płytę przesłuchałem z wielką przyjemnością! 35 minut bardzo miłego dla ucha grania i śpiewania! Jest to kolejny dowód na to, że lata 50-te to cudowny okres dla wielu gatunków muzycznych, okres, którego wcześniej w pełni nie odkryłem! Teraz widzę, że była to ogromna strata, która utworzyła wielką lukę w mojej muzycznej edukacji... Oczywiście nic straconego. Będę się starał nadrabiać zaległości w bardzo, bądź co bądź, przyjemny sposób. Bowiem nawet, gdy mamy do czynienia ze smutną piosenką, można czerpać ogromną radość ze słuchania i to zarówno samego Louisa Primy, jak i towarzyszących mu osób...
    Najlepszy kawałek: "(Nothing's too good) For my baby".

3.08.2012

Dzień 3: The Louvin Brothers - "Tragic Songs of Life" (1956)

O tyle, o ile o dwóch poprzednich albumach mogłem powiedzieć, że wykonawców znałem z, co najmniej kilku utworów, to o dzisiejszej płycie i jej wykonawcach nigdy nie słyszałem! Postanowiłem w całym moim przedsięwzięciu nie "googlować" artystów, żeby mieć niespodziankę! No i ta niespodzianka niejako mnie usprawiedliwia, gdyż fanem muzyki country nigdy nie byłem (miałem wrażenie, że wierci mi dziurę w uchu;) . I pewnie też nigdy nie zostanę... Jednakże płyta zrobiła na mnie pozytywne wrażenie! Przyjemne dla ucha głosy wokalistów i nie nachalna muzyka (za jaką country uważałem). Moja córka machała w rytm nogami, siedząc na krześle, więc coś w tym musi być! Ogólnie płyta jest krótka, ale można powiedzieć - treściwa - 12 łatwo wpadających w ucho kawałków sprawiło, że nieco przychylniej patrzę na ten gatunek muzyczny!
    Najlepszy kawałek: "Let her go God bless her".

2.08.2012

Dzień 2: Elvis Presley - "Elvis Presley" (1956)

Elvisa Presleya nikomu przedstawiać nie trzeba. Z albumu wydanego w 1956 roku pochodzą nieśmiertelne "Blue Suede Shoes" czy "Tutti Frutti". Można się zastanawiać, skąd fenomen Elvisa. Można też włączyć tą płytę i... przestać się zastanawiać... To się po prostu czuje... Król rock and rolla potrafił sprawić, że nogi same rwały się do tańca (a sztywniejsi podrygiwali). A raczej potrafi, bo przecież Elvis wciąż żyje! Jego muzykę odkrywają kolejne pokolenia. Nawet cover, wydanego niespełna dwa lata wcześniej przeboju Raya Charlsa "I got a woman", to perełka! Zaśpiewana zupełnie inaczej niż oryginał, ale równie doskonale!
    Najlepszy kawałek: "Tutti Frutti". Nikt nie potrafi tego zrobić tak, jak Elvis!

1.08.2012

Dzień 1: Frank Sinatra - "In The Wee Small Hours" (1956)

Początki zazwyczaj bywają trudne, ale pierwsza płyta to nagranie Franka Sinatry (któremu nawiasem mówiąc na początku lat 50-tych wcale dobrze się nie powodziło). Nastrój złapałem już podczas pierwszego utworu... Piosenki są zaśpiewane nadzwyczajnie! Głos Sinatry dociera do ucha z nieamowitą siłą. Muzyka, bez zbędnych upiększeń charakterystycznych dla współczesnych wykonawców. Możemy skupić się na każdym instrumencie z osobna. Trąbka, skrzypce brzmią niesamowicie, mimo, że płyta ma ponad pół wieku... Uważam, że to pozycja obowiązkowa na romantyczny wieczór, dobra na uspokojenie... Polecam nawet tym, którzy nie lubią takiej muzyki... Sinatry po prostu trzeba posłuchać i choć na chwilę wczuć się w klimat lat pięćdziesiątych... Płyta powstała krótko po rozstaniu Franka z Avą Gardner. Mówi się, że to właśnie dlatego smutne piosenki są tu tak autentyczne...
   Najlepszy kawałek: "Glad to be unhappy".