Kiedy już zdążyłem zapomnieć o Sinatrze, który zachwycił mnie kilkadziesiąt dni temu, pojawia się znowu. W sumie zaskoczyła mnie ta płyta. Ostatnie albumy to w większości rock w różnych odmianach. Wydawało mi się, że trochę się tu Frank nie wpasuje, ale nic bardziej mylnego. W taki klimat może wprowadzić w każdej sytuacji tylko głos wybitny. Jeżeli dodamy do tego instrumenty Jobima, mamy wspaniałe połączenie! Wydaje się, że ballady tu śpiewane są do siebie bardzo podobne, ale nie przeszkadza to zupełnie w zatopieniu się w romantyczne piosenki. Oczywiście we dwoje...
Najlepszy kawałek: "The Girl From Ipanema".
31.10.2012
30.10.2012
Dzień 91: The Velvet Underground - "The Velvet Underground And Nico" (1967)
Początek albumu zapowiadał się bardzo obiecująco! Całkiem przyjemne rockowe kompozycje nieco mnie muzycznie rozochociły. Utwór Femme Fatale zbił mnie z tropu swoim spokojnym tonem... Później rozbroiły mnie Heroin oraz European Son. Wydały mi się bardzo monotonne, nic się ciekawego w nich nie działo, a w dodatku trwały po 7 minut. Nierówna bardzo płyta. Nie przekonałem się. W oko wpadła mi za to okładka autorstwa Andy'ego Warhola. Taki po prostu banan! I takie powinny być piosenki na płycie... Proste, ale zwracające uwagę:)
Najlepszy kawałek: "Venus in Furs".
Najlepszy kawałek: "Venus in Furs".
29.10.2012
Dzień 90: The Who - "The Who Sell Out" (1967)
Muszę przyznać, że tym razem The Who nie zrobili na mnie takiego wrażenia jak poprzednim razem... Za mało werwy było w tym graniu. Choć miło i przyjemnie, to nie tego się od rockowców oczekuje! Nie twierdzę oczywiście, że płyta to klapa, nie przypadła mi po prostu do gustu. Okładka jakoś też na mnie podziałała drażniąco - dezodorant, który zmienia pocenie się w inspirację (perspiration into inspiration) i wielka puszka fasoli firmy Heinz... Eeee... Nie kupuję tego ;) Muzyki tym razem niestety też nie...
Najlepszy kawałek: "I Can See For Miles".
Najlepszy kawałek: "I Can See For Miles".
28.10.2012
Dzień 89: Pink Floyd - "The Piper At The Gates Of Dawn" (1967)
Pierwszy oficjalny album Pink Floyd brzmi ciekawie, ale chyba wolę ich późniejsze nagrania. Trochę za bardzo psychodelicznie... Wolę jak grają rocka progresywnego... Nie zmienia to oczywiście faktu, że muzyka wybitna i przełomowa! Trudna w odbiorze - to na pewno, nie wiem, czy wysłuchanie całości przy sporej głośności jest dla przeciętnego słuchacza możliwe... Ja musiałem sobie zrobić przerwę, szczególnie podczas ponad 9-minutowego Interstellar Overdrive. Ale dałem radę, z czego jestem bardzo zadowolony ;) I na dodatek - podobało mi się!
Najlepszy kawałek: "The Gnome".
Najlepszy kawałek: "The Gnome".
27.10.2012
Dzień 88: Cream - "Disraeli Gears" (1967)
Niesamowite dźwięki płynące z głośników sprawiły, że podkręciłem głośność i po zakończeniu przesłuchałem płytę jeszcze raz i jeszcze! Ostatnio w podobny zachwyt wprawił mnie Eric Clapton na płycie Johna Mayalla. W niezłym szoku znalazłem się, gdy doczytałem (znów kłania się moja niewiedza), że gitarzystą Cream jest nie kto inny jak właśnie Clapton! Genialne utwory, wprost rozpływałem się słuchając tejże płyty. Cream mieli swój wkład w powstanie hard rocka. Słychać tu ostrzejsze kawałki, które cieszą moje uszy :)
Najlepszy kawałek: "Outside Woman Blues".
26.10.2012
Dzień 87: Love - "Forever Changes" (1967)
Przyznać trzeba, że trzy albumy w ciągu roku to całkiem dobry wynik. Szczególnie, że przesłuchałem dwóch z nich w ciągu tygodnia i trzymają Panowie wysoki poziom. Nie wiem do końca, czy zgodziłbym się z panującym wśród krytyków stwierdzeniem, że to jeden z najbardziej wpływowych albumów wszech czasów... Z całą pewnością jednak warto go posłuchać. Jest to naprawdę równy krążek, bez słabych punktów, gorszych utworów, świetnie zagrany i zaśpiewany...
Najlepszy kawałek: "The Red Telephone".
Najlepszy kawałek: "The Red Telephone".
25.10.2012
Dzień 86: Tim Buckley - "Goodbye And Hello" (1967)
Jak dla mnie płyta za mało dynamiczna, brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia. Mamy akustyczne gitary, wysoki głos Buckleya, więc przydałoby się coś konkretniejszego dla kontrastu. Co spodobało mi się natomiast, to pomimo wysokiej barwy głos jest bardzo mocny, co słychać szczególnie w pierwszym utworze. Niestety, poza nim nie znalazłem na krążku niczego dla siebie. Tak szybko jak powiedziałem płycie hello, muszę powiedzieć goodbye...
Najlepszy kawałek: "No Man Can Find The War".
Najlepszy kawałek: "No Man Can Find The War".
24.10.2012
Dzień 85: The Monkees - "Headquarters" (1967)
Z jednej strony całkiem udana płyta, z drugiej nieco kiczowata, trochę może folkowa. Słucha się z zaciekawieniem - gdzieś tam przebijają się jakieś tamburyny i inne bliżej przeze mnie niezidentyfikowane instrumenty. Wokal dla mnie nieco za wysoki, za dużo chórków i chwytających za serce tekstów... Denerwujący utwór Zilch, całe to gadanie. Ciekawe jest, że kapela powstała na potrzeby amerykańskiego show i tam właśnie występowała.
Najlepszy kawałek: "No time".
Najlepszy kawałek: "No time".
23.10.2012
Dzień 84: The Beau Brummels - "Triangle" (1967)
Całkiem niedawno na tapecie była płyta w stylu country rock. Nie obdarzyłem jej szczególnym uczuciem... Tak też jest w przypadku Beau Brummels prezentujących podobny styl... Do tego dochodzi denerwujący, drżący i płaczliwy głos wokalisty. Sprawia to, że nie mogłem się przekonać do tej propozycji. Większość utworów brzmiała dla mnie podobnie. Być może częściowo poprzez charakterystyczny wokal... Ogólnie nie przypadło mi to granie do gustu - country rock dołącza do gatunków, które będę omijał...
Najlepszy kawałek: "Only Dreaming Now".
22.10.2012
Dzień 83: Love - "Da Capo" (1967)
Po nazwie kapeli spodziewałem się jałowych pioseneczek o miłości, a tu przyjemne zaskoczenie! Bardzo ciekawe i zróżnicowane granie. Sporo instrumentów, wokalnie przyjemne do słuchania. Jest i na ostro i nieco łagodniej. Choć krótki to album, to przyznać należy, że niczego mu nie brakuje. Szczególnie podobały mi się dźwięki gitar - trochę akustycznej, trochę elektrycznego uderzenia... W utworze Orange Skies interesujący głos wokalisty... Myślę, że warto przyjrzeć się bliżej temu zespołowi.
Najlepszy kawałek: "Stephanie Knows Who".
Najlepszy kawałek: "Stephanie Knows Who".
21.10.2012
Dzień 82: Moby Grape - "Moby Grape" (1967)
Grupa grała muzykę określaną jako country rock. I rzeczywiście jest tu coś wspólnego dla obu gatunków. Ale czy jest to dobre połączenie? Dla mnie niezbyt... Nie mogłem się do dźwięków płynących z głośników przyzwyczaić. Niby wszystko dobrze, instrumentalnie dawali radę bardzo przyzwoicie, ale ponownie zabrakło tego "pazura", jak zwykła mawiać Ela Zapendowska ;) Takie przynajmniej moje odczucia... Wokal też mało charakterystyczny, a że kręcimy się cały czas wokół rocka - przydaje się coś, co wyróżnia kolejne kapele... Żebym się nie pogubił ;)
Najlepszy kawałek: "Mr Blues".
Najlepszy kawałek: "Mr Blues".
20.10.2012
Dzień 81: Captain Beefheart And His Magic Band - "Safe As Milk" (1967)
Don Van Vliet czyli Captain Beefheart to postać, która jest mi zupełnie nieznana... A szkoda, bo warto go było posłuchać... Teraz jestem bogatszy o przesłuchaną płytę :) Śpiewał, grał na różnych instrumentach, wcześniej przejawiał talenty plastyczne... Jeśli dodać, że zetknął się również z muzyką Franka Zappy, no to wiadomo już, że byle czego nie nagrywał. I rzeczywiście płyta pełna jest świetnych kawałków, które bardzo miło wpływają na nastrój. Kawał dobrego grania!!
Najlepszy kawałek: "Dropout Boogie".
Najlepszy kawałek: "Dropout Boogie".
19.10.2012
Dzień 80: Buffalo Springfield - "Buffalo Springfield Again" (1967)
Niby nie ma się do czego przyczepić, bo całkiem przyjemne granie, ale jakoś nie powalili mnie na kolana. Jako, że uważa się ich za głównych twórców folk rocka, spodziewałem się większej rewolucji... Instrumentalnie i wokalnie całkiem przyjemnie, ale mi brakuje tego "czegoś". Czegoś, co i mnie przekonałoby do umieszczenia kapeli, która była aktywna przez okres zaledwie trzech lat, w tysiącu wartych przesłuchania... Przemawia za tym osoba Neila Younga, ale ten chyba większą popularność zdobył grając solo...
Najlepszy kawałek: "Good Time Boy".
Najlepszy kawałek: "Good Time Boy".
18.10.2012
Dzień 79: Country Joe And The Fish - "Electric Music For The Mind And Body" (1967)
Kiedy zobaczyłem, że kolejny wykonawca tytułuje się Country Joe, pomyślałem, że będzie to kolejna płyta z kowbojskimi przyśpiewkami. Takie są właśnie alergiczne moje reakcje na niektóre gatunki. Ale spotkała mnie miła niespodzianka... Okazało się, że to bardzo przyjemna płyta. Bardziej chyba folkowa niż country, więc udało mi się całości przesłuchać bez większego uszczerbku na zdrowiu. Powiem więcej - słuchałem z zaciekawieniem, żeby się przekonać czy całość trzyma poziom. I trzymała - przynajmniej wg mnie. Następnym razem postaram się bez uprzedzeń, bo można się zdziwić :)
Najlepszy kawałek: "Flying High".
17.10.2012
Dzień 78: The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)
Mam wrażenie, że gdyby Lennon żył do dzisiaj, kapela wciąż nagrywałaby genialne płyty... Wiele jest płyt i wykonawców, które dzielnie opierają się upływającemu czasowi, ale Beatlesi są w tej dziedzinie nie do pokonania. Ich muzyka jest ponadczasowa, wciąż cieszy, wciąż zachwyca... Wiem, że się powtarzam, ale zagrane i zaśpiewane świetnie, kolejna płyta, którą należy uważać za pozycję obowiązkową przy kompletowaniu najlepszych krążków wszech czasów.
Najlepszy kawałek: "Lucy In The Sky With Diamonds".
Najlepszy kawałek: "Lucy In The Sky With Diamonds".
16.10.2012
Dzień 77: Nico - "Chelsea Girl" (1967)
Nie żebym był do Niemców uprzedzony;) ale śpiewu ich specjalnie nie lubię. W szczególności w ich języku. Tu na szczęście (albo na nieszczęście) Pani śpiewa po angielsku. Akcent jest dla mnie nie do zniesienia. Ogólnie piosenki są co najwyżej przeciętne, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Możliwości wokalnych zasługujących na szerszy komentarz, również Nico nie zaprezentowała. Czasem miałem wrażenie, że fałszuje w swoich smutnych balladach...
Najlepszy kawałek: "Wrap Your Troubles in Dreams". I to chyba najbardziej ze względu na tytuł...
Najlepszy kawałek: "Wrap Your Troubles in Dreams". I to chyba najbardziej ze względu na tytuł...
15.10.2012
Dzień 76: Astrud Gilberto - "Beach Samba" (1967)
Latino jazz to chyba najlepsze określenie na muzykę proponowaną przez tą Panią... W ucho wkręca się ciekawy akcent i przyjemny głos. Słucha się na pewno z ciekawością, bo rzadziej mamy do czynienia z artystami z Ameryki Południowej. I coś rzeczywiście tkwi w Jej piosenkach, bo Jej brzmienie pozostaje w pamięci. Może to dziwne porównanie, ale przypomina mi polskie wokalistki lat 70-tych (np. Irenę Jarocką). Płyty warto posłuchać, choćby dlatego, że mamy do czynienia z brazylijską plażową sambą ;)
Najlepszy kawałek: "A Banda (parade)".
Najlepszy kawałek: "A Banda (parade)".
14.10.2012
Dzień 75: Nina Simone - "Wild Is The Wind" (1966)
Ten głos jest niesamowity! Pięknie śpiewa, rzec by można, że uwodzi głosem. Choć wiele piosenek jest, jak na mój gust, zbyt melancholijna, to słuchanie Niny zaliczam do dużych przyjemności muzycznych. Potrzeba naprawdę wyjątkowego artysty, żeby nadać utworom takiego wyrazu... Szybsze utwory zaśpiewane z niesamowitą lekkością. Poza tym jazz (bo to właśnie chyba on) z kobiecym wokalem z miejsca zyskuje klimat i głęboki wyraz. Nie jest to z pewnością płyta dla wszystkich, ale na wieczór we dwoje, przy świecach / kominku nadaje się wyśmienicie;) Najlepszy kawałek: "Break Down And Let It All Out".
13.10.2012
Dzień 74: The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)
Co wyróżnia Yardbirds spośród innych grup "brytyjskiej inwazji"? Próbowałem sobie odpowiedzieć na to pytanie po przesłuchaniu tej płyty. Owa inwazja wprowadzała na rynek wciąż nowych wykonawców, więc w końcu zdawać się mogło, że wszystkie te zespoły grają w gruncie rzeczy bardzo podobnie... Tutaj jednak wrażenie zrobiły na mnie świetne partie gitarowe. Jako laik w dziedzinie historii muzyki, poczytałem o zespole i okazało się, że gitarzystą w momencie nagrywania płyty był tu Jimmy Page. Jeśli dodać do tego, że przez zespół przewinęli się również Eric Clapton i Jeff Beck, to można w ciemno słuchać kolejnych płyt i być pewnym, że taka "brytyjska inwazja" się nie znudzi...
Najlepszy kawałek: "Over, Under, Sideways, Down".
Najlepszy kawałek: "Over, Under, Sideways, Down".
12.10.2012
Dzień 73: John Mayall's Blues Breakers - "John Mayall's Blues Breakers with Eric Clapton" (1966)
Bez wątpienia najlepsza płyta, jakiej słuchałem podążając za książką! Genialne popisy gitarowe i niebanalne wokale sprawiły, że przesłuchałem tej płyty kilkakrotnie jednego dnia! Nie bez powodu po jej wydaniu w Wielkiej Brytanii na murach pojawiały się napisy "Clapton jest Bogiem". Patrząc od strony muzycznej - nie mogę się z tym nie zgodzić! ;) Nieprawdopodobne nagrania. Nie mogę wyjść z podziwu i przestać się zachwycać tym, co słyszałem! Podobno nie powinno się nadużywać słowa geniusz, ale tutaj jest ono jak najbardziej na miejscu. I myślę, że dotyczy to wszystkich muzyków, którzy włożyli swoją pracę i umiejętności w powstanie tej płyty.
Najlepszy kawałek: "Little girl".
Najlepszy kawałek: "Little girl".
11.10.2012
Dzień 72: The 13th Floor Elevators - "The Psychodelic Sounds of the 13th Floor Elevators (1966)
Bardzo mi ta płyta przypadła do gustu. Grupa uważana za prekursorów rocka psychodelicznego nie cieszyła się zbyt dobrą sławą, ale grali naprawdę wyśmienicie! Dużo ciekawych partii gitarowych, ciekawe głosy, słuchałem z przyjemnością... Była to niezwykle przyjemna odmiana po "brytyjskich inwazjach" i ich amerykańskich odpowiednikach. Choć do wyżej wymienionych absolutnie nic nie mam, trochę mi się "przejadło" i owa psychodeliczna kapela sprawiła mi przyjemną niespodziankę. Szkoda, że za eksperymentalną muzyką szły również eksperymenty z narkotykami, potem aresztowanie wokalisty, umieszczenie w zakładzie psychiatrycznym itd. Nagrali tylko trzy LP, a mogło być o wiele więcej ciekawej muzyki!
Najlepszy kawałek: "You're Gonna Miss Me".
Najlepszy kawałek: "You're Gonna Miss Me".
10.10.2012
Dzień 71: Simon and Garfunkel - "Parsley, Sage, Rosemary and Thyme" (1966)
Jakoś tak nie przekonuje mnie to smutne brzdąkanie na gitarze. Trochę za bardzo melancholijnie i powolnie. Chłopcy tak płaczliwie śpiewają i nucą. Zdecydowanie nie mój styl. Słuchając jednej piosenki pewnie nie krytykowałbym tak bardzo, ale przy całej płycie można popaść w depresję... Silent Night na koniec również nie przekonało mnie. Jakieś polityczne elementy w tle... Nie... Nie dla mnie. Oczywiście było kilka szybszych kawałków, ale miałem wrażenie, że Panowie nie odnajdują się w takowych klimatach;) W ich wykonaniu dociera do mnie tylko Sound of silence... Można potraktować dwuznacznie :)
Najlepszy kawałek: "Scarborough Fair - Canticle".
Najlepszy kawałek: "Scarborough Fair - Canticle".
9.10.2012
Dzień 70: The Rolling Stones - "Aftermath" (1966)
W piosence Take it or leave it Jagger śpiewa: "Oh, la la la ta ta ta ta la la la la", co zazwyczaj w takich przypadkach wywołuje u mnie śmiech. Nie tym razem jednak. Trzeba być wielkim artystą, żeby zabrzmiało to świetnie, pasowało do reszty utworu. Nie każdy musi ich lubić, ale Stonesów krytykować wręcz nie wypada! Nie dość, że niepowtarzalny i charyzmatyczny wokalista, któremu werwy na scenie pozazdrościłby niejeden młody wykonawca, to jeszcze Keith Richards - jeden z najlepszych gitarzystów na świecie, Charlie Woods - w czołówce najlepszych perkusistów. Zestawienie niepowtarzalne tak, jak ich muzyka...
Najlepszy kawałek: "Under my thumb".
8.10.2012
Dzień 69: Frank Zappa & Mothers of Invention - "Freak Out!" (1966)
No to mamy prawdziwie awangardowe granie! Taki gitarzysta gwarantuje niezapomniane emocje podczas słuchania! Mamy tu bardzo dużo zaskakujących kawałków, jest naprawdę nietuzinkowo, czasem nieco psychodelicznie... W związku z tym płyta wcale nie jest łatwa w odbiorze, ale Frank Zappa nie grał dla wszystkich. Był geniuszem gitary, więc miał swoje prawa ;) i chętnie z tego faktu korzystał... Nawet jeśli komuś takie dźwięki nie odpowiadają, grzechem byłoby nie poświęcić godziny na posłuchanie, co Mothers of Invention mieli do przekazania!
Najlepszy kawałek: "You're Probably Wondering Why I'm Here".
Najlepszy kawałek: "You're Probably Wondering Why I'm Here".
7.10.2012
Dzień 68: Paul Reverve and The Raiders - "Midnight Ride" (1966)
Ciężko mi określić, jaki gatunek muzyczny prezentuje grupa. Najlepiej chyba oddaje to określenie pop-punk, bo w sumie Panowie połączyli tu różne style. I jest to połączenie całkiem udane. Bo mamy tu niezłe gitary, ciekawy wokal i nieco tandetne popowe przygrywki. Efekt jest inny niż można się spodziewać, bo słucha się bardzo dobrze. Rock 'n' roll w ich wykonaniu też jest przyjemny. Można traktować tą płytę jak składankę, gdzie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Nawet ballady z pięknie brzmiącym saksofonem są. Miłe zaskoczenie!
Najlepszy kawałek: "I'm not Your Stepping Stone".
Najlepszy kawałek: "I'm not Your Stepping Stone".
6.10.2012
Dzień 67: The Mamas and The Papas - "If You Can Believe Your Eyes and Ears" (1966)
Dość ciekawa propozycja. Grupa znana najbardziej z jednego przeboju: "California Dreamin'". I choć reszta kawałków jest całkiem niezła, trudno tu o drugi przebój tego rzędu. Ciekawe wokale - dwa męskie, dwa żeńskie. Mimo, że płyta naprawdę dobra, odnoszę wrażenie, że wszystkie grupy w latach sześćdziesiątych grały bardzo podobnie! Zbliżone rytmy, zestaw instrumentów, kapela amerykańska albo brytyjska. Trochę trudno się nie znużyć tym stylem. Może autor książki trochę przesadził z doborem repertuaru. Staram się jednak wychwycić różnice i znaleźć w każdej z tych kapel coś ciekawego...
Najlepszy kawałek: "California Dreamin'".
5.10.2012
Dzień 66: The Kinks - "Face To Face" (1966)
Kinks to jedna z grup zaliczanych do brytyjskiej inwazji. Choć grają zupełnie przyzwoicie - nie było o nich tak głośno jak o Beatlesach. Nie oznacza to oczywiście, że nie warto ich posłuchać. Takich płyt nie słyszymy w radio czy tv, a warto chociaż wiedzieć, że istnieli, nagrywali, koncertowali... Może pojawili się w złym momencie, gdy było już podobnych kapel wiele, a być może byli za mało charyzmatyczni i energiczni. Nie wiem. Choć przyjemnie się słucha, odnoszę wrażenie, że czegoś brakuje...
Najlepszy kawałek: "Holiday in Waikiki".
Najlepszy kawałek: "Holiday in Waikiki".
4.10.2012
Dzień 65: The Monks - "Black Monk Time" (1966)
Czytałem, że niektórzy uważają, iż jest to pierwszy album punk-rockowy... Jakoś nie zauważyłem... Wprawdzie garażowa kapela i grają dość frywolnie, ale chyba nie punkowo... Osobiście nie podobały mi się instrumenty, których muzycy używali... Electric banjo i organy Philicorda przyprawiały mnie o ból głowy. Wszystko wydawało mi się chaotyczne i niezgrane... A jeśli już istniał porządek, to było nudno i powtarzalnie. Miałem wrażenie, że grają i śpiewają cały czas to samo... Jednym zdaniem - nie podobało mi się! A do tego bardzo wyszukana okładka ;)
Najlepszy kawałek: "Complication".
Najlepszy kawałek: "Complication".
3.10.2012
Dzień 64: Bob Dylan - "Blonde On Blonde" (1966)
I stała się rzecz dziwna... Nagle Bob Dylan przestał mnie denerwować. Piosenki nabrały jakiejś ciekawszej barwy;) Tak na serio to chyba Dylan zwyczajnie nagrał płytę, która bardziej trafiła w mój gust. Nawet harmonijka jakaś taka mniej piszcząca... Patrzę oczywiście przez pryzmat poprzednich nagrań i bieżąca wydaje mi się ciekawsza, ale w dalszym ciągu nie jest to styl, którym przekonałby mnie do pójścia na koncert. Nawet jeśli jest szansa zobaczyć go na żywo współcześnie, gdyż promuje właśnie swoją nową płytę. Zaskakujące i godne podziwu, że po tylu latach jeszcze nagrywa. Świadczy to też o tym, że wciąż jest zapotrzebowanie na jego muzykę, wciąż ma wiernych fanów...
Najlepszy kawałek: "One Of Us Must Know (Sooner Or Later)".
Najlepszy kawałek: "One Of Us Must Know (Sooner Or Later)".
2.10.2012
Dzień 63: The Byrds - "Fifth Dimension" (1966)
No całkiem niczego sobie, bym rzekł ;) z dużą przyjemnością wysłuchałem tejże płyty. Poprzednia, zawierająca działający na mnie niczym Kryptonit na Supermana, utwór Mr. Tambourine Man, osłabiła mnie ze względu na wspomniany przebój! Wyzbyłem się ponownie uprzedzeń i do płyty zasiadłem, będąc bardzo otwartym na to, co usłyszę. Nie zawiodłem się. Jako amerykański odpowiednik Beatlesów dają radę, nie jest nudno, nie jest biczbojsowo... Jest tak, jak na kapelę, która praktycznie wykreowała folk rocka, przystało - po prostu rockowo!!
Najlepszy kawałek: "Mr. Spaceman".
Najlepszy kawałek: "Mr. Spaceman".
1.10.2012
Dzień 62: Fred Neil - "Fred Neil" (1966)
Choć za amerykańskim folkiem zbytnio nie przepadam, głos tego Pana zrobił na mnie wrażenie! Łatwość, z jaką nim operuje jest doprawdy zadziwiająca... Stwierdzić muszę, że piosenki są bardzo spokojne, pięknie zaśpiewane, basowym (chyba) głosem, który sprawia, że ciarki po plecach przechodzą... Niewiele instrumentów pozwala skupić się na wokalu. Sprawia to również wrażenie pewnej kameralności całej płyty... Wyjątkowo spodobało mi się to granie...
Najlepszy kawałek: "I've Got A Secret (Didn't We Shake Sugaree)".
Najlepszy kawałek: "I've Got A Secret (Didn't We Shake Sugaree)".
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























