Choć do Beatles im daleko, tym razem Beach Boysi okazali się przyjemniejsi w odbiorze... Nie było tak bardzo płaczliwie i w wysokich, denerwujących mnie tonach... Mimo to, przeważają spokojne, melodyjne kawałki. No chyba taki styl i tyle... Po pewnym czasie można się przyzwyczaić. Choć z pewnością nie zaliczę tej grupy do moich ulubionych, to nie będę ich aż tak bardzo krytykował;) Okładka i całe to zoo wskazują, że chyba nie do końca wszystko było ok z tą kapelą;)
Najlepszy kawałek: "Sloop John B".
30.09.2012
29.09.2012
Dzień 60: The Beatles - "Revolver" (1966)
Trochę już nudno tak wciąż zachwalać jedną kapelę, ale, z drugiej strony nie byłoby uczciwie tego nie robić, skoro chłopaki grają po prostu genialnie! Z całą pewnością nie mieli sobie równych w swoich czasach... Nawet teraz, słuchając ich płyt, zupełnie nie odczuwa się, że nagrane zostały tak dawno! W dalszym ciągu zdumiewa mnie zabawa dźwiękiem stereo. Choć momentami jest to nieco męczące dla uszu, to słuchanie jest bardzo interesujące. Dodam, że pozycja obowiązkowa do przesłuchania. Do posiadania również, choć to nieco trudniejsze...
Najlepszy kawałek: "Yellow Submarine".
Najlepszy kawałek: "Yellow Submarine".
28.09.2012
Dzień 59: The Who - "My Generation" (1965)
Najlepszy kawałek: "My Generation".
27.09.2012
Dzień 58: Bob Dylan - "Highway 61 Revisited" (1965)
Tym razem Bob zrobił na mnie lepsze wrażenie niż poprzednio. Może dlatego, że zaczyna się od "Like a Rolling Stone". A to już samo w sobie zachęca do dalszego słuchania. Reszta utworów nawet mi się podobała. Nie było tak melancholijnie jak za pierwszym razem. Nawet harmonijka brzmiała lepiej, komponowała się z resztą instrumentów. Wszystko było spójne, przyjemnie się słuchało... Naprawdę dobra płyta! Tym razem przykład, że nie należy się zrażać do artysty po pierwszej przesłuchanej płycie.
Najlepszy kawałek: "Like a Rolling Stone", oczywiście!!
Najlepszy kawałek: "Like a Rolling Stone", oczywiście!!
26.09.2012
Dzień 57: The Byrds - "Mr. Tambourine Man" (1965)
Już tytuł pierwszego utworu sprawił, że dostałem reakcji alergicznej. Jak wspominałem wcześniej - Mr. Tambourine Man jest dla mnie nie do zniesienia! Ale przebolałem, choć wersja Byrdsów również nie przypadła mi do gustu. Cierpliwie jednak wysłuchałem reszty utworów i nie było już tak źle. Nie było także zachwytu... Nie znalazłem tu niczego nowego, co w napływającej w latach sześćdziesiątych, fali rocka pozwoliłoby tej kapeli w jakiś sposób się wyróżnić. Takie przynajmniej moje zdanie... Jednak mimo to - płyty słucha się dobrze - przyzwoite granie i śpiewanie!
Najlepszy kawałek: "All I Really Want To Do".
Najlepszy kawałek: "All I Really Want To Do".
25.09.2012
Dzień 56: Bert Jansch - "Bert Jansch" (1965)
No taki amerykański folk po prostu. Nieco smutny wokal i gitara... Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że jednak czegoś brakuje ;) Byłoby świetnie, gdyby ten Pan siedział przy ognisku i grał, ale to raczej niemożliwe... A postawić odtwarzacz przy wspomnianym ognisku też jakoś nie pasuje ;) Nie znalazłem więc dobrego miejsca na słuchanie tej płyty... Nieco bardziej poważnie mówiąc - płyty wcale nie jest łatwa w odbiorze. Z dwóch elementów - śpiewu i gitary trzeba wydobyć dla siebie to, czego od muzyki oczekujemy... Dobrze zrozumieć tekst i dźwięki strun. Ja się w tym klimacie nie odnalazłem, ale wierzę, że Bert może się podobać!
Najlepszy kawałek: "Strolling Down the Highway".
Najlepszy kawałek: "Strolling Down the Highway".
24.09.2012
Dzień 55: The Beatles - "Rubber Soul" (1965)
Kolejna propozycja Czwórki z Liverpoolu nie zachwyciła mnie tak jak poprzednia, ale i tak to po prostu rewelacyjne granie! Każdy utwór jest jedyny w swoim rodzaju. I choć teraz słyszę podobieństwo do muzyki Beach Boys, to jest o niebo lepsze niż chłopcy z plaży... Chórki brzmią bardziej... poważnie:) i głosy bardziej męskie niż chłopięce! Rzuciło mi się też w ucho bardzo mocne stereo. W jednym kanale słychać wokal, a w drugim praktycznie wcale. Odwrotnie, prawie w całości, z instrumentami. Dodatkowy plus za lekko psychodeliczną okładkę:)
Najlepszy kawałek: "Norwegian Wood", mimo, że za balladami nie przepadam...
Najlepszy kawałek: "Norwegian Wood", mimo, że za balladami nie przepadam...
23.09.2012
Dzień 54: B.B. King - "Live At The Regal" (1965)
Król Bluesa - teraz słyszę, że nie bez powodu otrzymał ten przydomek. Patrząc na dyskografię tego artysty, można dojść do wniosku, że nie robi nic innego, tylko nagrywa płyty:) ale dopiero słuchając "Live at The Regal" wyczuwamy, że Król króluje na scenie - tworzy klimat, rozmawia z publicznością. Spora część jego płyt to właśnie nagrania live. Choć ja wciąż jestem zdania, że płyty nagrane w studio służą do słuchania w domu, czy samochodzie, a koncertów powinno się słuchać LIVE, to jednak dobrze, że wybitne wydarzenia muzyczne można sobie odsłuchać i choć odrobinę poczuć to, co czuli ci, którzy na koncercie byli obecni. Szczególnie, że niektóre z nich przeszły do historii, a niektóre są wprost niemożliwe do powtórzenia.
Najlepszy kawałek: "Every Day I Have The Blues".
Najlepszy kawałek: "Every Day I Have The Blues".
22.09.2012
Dzień 53: John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)
To jest to! Dla mnie jazz idealny! Pięknie i harmonijnie. Słucha się tego wyśmienicie! Saksofon brzmi cudownie! Jestem zachwycony tymi 4 utworami... Głęboki bas sprawił, że mój domowy sprzęt grający ledwo to wytrzymał:) Coltrane systematycznie doskonalił swój warsztat muzyczny. W efekcie jego twórczość była nowoczesna, innowacyjna, był jednym z prekursorów free jazzu - nurtu w jazzie nowoczesnym... I rzeczywiście dużo tu (do)wolnej działalności, co nawet anty-fanom jazzu powinno przypaść do gustu. Nie jest bowiem, jak wspomniani mogą twierdzić, nudny i monotonny :)
Najlepszy kawałek: całość - na prawdę spójne, świetnie zagrane części...
Najlepszy kawałek: całość - na prawdę spójne, świetnie zagrane części...
21.09.2012
Dzień 52: The Beach Boys - "The Beach Boys Today!" (1965)
Beach Boys to zdecydowanie nie jest muzyka dla mnie. Za dużo płaczliwych ballad i innych smutnych dźwięków. Podobno ich muzyka jest ciepła jak kalifornijskie plaże - stąd nazwa... Nigdy w Kalifornii nie byłem, więc nie wiem, jakie są plaże ;) Niby ich muzyka podobna jest do grania The Beatles, ale jakoś nie aż tak podobna, żeby mi się spodobała ;) Może problem tkwi w barwach głosów członków zespołu... Chórki w wysokich tonacjach po prostu mnie drażniły... Nie powiem, że cała płyta jest słaba, ale ogólnie nie zrobiła na mnie należytego wrażenia...
Najlepszy kawałek: "Do You Wanna Dance?".
Najlepszy kawałek: "Do You Wanna Dance?".
20.09.2012
Dzień 51: Otis Redding - "Otis Blue: Redding Sings Soul" (1965)
Bardzo przyjemne granie! Kiedy zobaczyłem na liście utworów Satisfaction, zastanawiałem się, czy to cover Stonesów i miałem nadzieję, że nie. To przecież porywanie się z motyką na słońce... Nikt przecież nie może podrobić Jaggera, myślałem. Na szczęście pozytywnie się rozczarowałem, bo to bardzo dobre wykonanie! Nie lepsze, ale dobre. Oprócz tego na płycie znajdują się bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane utwory. Podobało mi się!
Najlepszy kawałek: "Satisfaction", mimo, że to cover...
Najlepszy kawałek: "Satisfaction", mimo, że to cover...
19.09.2012
Dzień 50: Bob Dylan - "Bringing it all back home" (1965)
Czasem jest tak, że jedna płyta danego artysty się podoba, druga nie... Pierwsza Dylana, której słuchałem nie przypadła mi do gustu i próbowałem się przekonać do kolejnej. Jednak bezskutecznie. Już wiem, że fanem nie będę. Wciąż ta harmonijka... I jego wokal... To mnie drażniło, bo z kolei jego gra na gitarze była ok. No i gwoździem do trumny jak dla mnie jest utwór Mr. Tambourine Man. Nie znoszę tego kawałka w żadnym wykonaniu. Taki płaczliwy, przeciągany. Wiem, że przez krytyków oceniany bardzo dobrze, między innymi za wydźwięk, znaczenie, ale ja krytykiem nie jestem i krytykuję stanowczo :)
Najlepszy kawałek: "Outlaw Blues".
Najlepszy kawałek: "Outlaw Blues".
Dzień 49: The Sonics - "Here are The Sonics" (1965)
Nie wiem dlaczego, ale nie mogłem znieść tej płyty... Na pewną dużą rolę odegrała tu jakość. Nagrania były bardzo słabe... Zdenerwował mnie też kolejny już cover przeboju Little Richarda "Good Golly Miss Molly". Nieszczęśliwie się złożyło, że wczoraj słuchałem tego w wykonaniu Jerry'ego Lee Lewisa. The Sonics wykonali to najwyżej przeciętnie, a wersja Lewisa dosłownie miażdży ich wersję! Chyba też przeszkadzał mi śpiew na dwa głosy... Ogólnie propozycja co najwyżej przeciętna, bez ciekawszych utworów.
Najlepszy kawałek: "The Village Idiot", czyli Jingle Bells inaczej...
Najlepszy kawałek: "The Village Idiot", czyli Jingle Bells inaczej...
17.09.2012
Dzień 48: Jerry Lee Lewis - "Live at The Star Club, Hamburg" (1965)
Finezji i polotu odmówić mu nie można. Słuchając tej płyty czuje się, z jak niesamowitą lekkością gra na fortepianie! Koncerty musiały być niesamowitymi wydarzeniami... Podobno zespoły, które z nim występowały były w stanie nadążyć przez kilkanaście pierwszych minut. Później była już totalna wirtuozeria. I taki właśnie koncert nadaje się, moim zdaniem, tylko do wysłuchania na żywo, bo zarejestrowany traci olbrzymią część swojej mocy. I choć słychać, że jest to arcydzieło muzyki, to jest to materiał, który lepiej brzmiałby w studio, gdzie fortepian byłby odpowiednio wyeksponowany. To oczywiście moje odczucia i jedyna uwaga do tej płyty. Warto dodać, że rokendrolowe kawałki - "Great Balls of Fire", czy "Good Golly Miss Molly" są rewelacyjne.
Najlepszy kawałek: "Good Golly Miss Molly". Trzeba koniecznie wsłuchać się w ten fortepian! No i to gardłowe "Grrrr!". :)
Najlepszy kawałek: "Good Golly Miss Molly". Trzeba koniecznie wsłuchać się w ten fortepian! No i to gardłowe "Grrrr!". :)
16.09.2012
Dzień 47: Buck Owens and His Buckaroos - "I've Got A Tiger By The Tail" (1965)
Ehhh to country ;) Sam już nie wiem, czy ta płyta mi się podobała, czy nie ;) Na pewno mnie nieco rozbawiła, bo wokal jest taki humorystyczny nieco. Jakby śpiewany przez nos:) Ani książki, ani płyty po okładce oceniać nie należy. Tutaj jednak dam upust mojej wrodzonej złośliwości i stwierdzę, że płyta jest taka, jak marynarka Bucka:) Lekka tandeta, ale nie jest do końca nieznośna do słuchania... Utwór Wham Bam zawiera sekwencję, która bardzo mi się spodobała w tym wykonaniu: "Thank You, but no thank You". Co by nie mówić - ubawiłem się słuchając, a to chyba dobrze ;)
Najlepszy kawałek: "We're Gonna Let The Good Times Roll".
Najlepszy kawałek: "We're Gonna Let The Good Times Roll".
15.09.2012
Dzień 46: The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)
Tych Panów krytykować wręcz nie wypada! No i nie ma za co... Mam wrażenie, że wszystko, czego dotkną zamienia się w złoto, a właściwie w platynę;) Takich brzmień słucha się z prawdziwą przyjemnością. Jest czad i moc, świetne brzmienie instrumentów, genialny wokal! No i muszę przyznać sobie rację, bo muszą to być wybitni artyści, skoro występują po dzień dzisiejszy. Wciąż mają werwę, by skakać po scenie, komponować, grać śpiewać na najwyższym poziomie! Płyta, co tu dużo pisać, po prostu mnie porwała! Słuchałem w samochodzie i cieszę się, że nie mam superszybkiego sportowego auta, bo przy dźwiękach Route 66 mogłoby się zrobić niebezpiecznie! Ogólnie - rewelacja!!
Najlepszy kawałek: "Carol".
Najlepszy kawałek: "Carol".
14.09.2012
Dzień 45: Dusty Springfield - "A Girl Called Dusty" (1964)
Bardzo pozytywna płyta. To jest pop, którego mogę słuchać. Melodyjne piosenki z dobrym podkładem, bez zbędnych dodatków, upiększeń. No i ten charakterystyczny wokal. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, czy artysta używa swojego prawdziwego imienia i nazwiska, czy też pseudonimu. Dusty Springfield brzmiało mi raczej autentycznie. A to właśnie imię ma określać jej głos a Springfield pochodzi od The Springfields - zespołu, z którym wcześniej występowała. Jest to zdecydowanie bardziej chwytliwe i łatwe do zapamiętania niż Mary Isabel Catherine Bernadette O'Brien :) Płyta przyjemna, ciepła, do słuchania praktycznie wszędzie!
Najlepszy kawałek: "I only want to be with You".
Najlepszy kawałek: "I only want to be with You".
13.09.2012
Dzień 44: Solomon Burke - "Rock 'n' soul" (1964)
Jakoś Ci wszyscy muzycy z zacięciem gospel drażnią moje ucho. Za dużo chórków, krzyku. Choć ta płyta wydaje się być w miarę spokojna, to jednak nie spodobała mi się. Nie rozumiem, że okrzyknięto go King of Rock and Soul... No ale ja się nie znam... Kolejna postać, która wpłynęła znacząco na innych twórców. The Rolling Stones byli fanami. Swoją drogą ich wersja Cry to me podobała mi się o wiele bardziej. Podobnie z jego największym hitem Everybody needs somebody to love wolę w wykonaniu Blues Brothers. No ale gdyby nie on, nie byłoby powyższych hitów :) Choćby za to - szacunek dla tego pana. Widziałem też fragment koncertu z 2003r. - słusznej tuszy Solomon całkiem przyzwoicie rozruszał publiczność...
Najlepszy kawałek: "Cry to me".
Najlepszy kawałek: "Cry to me".
12.09.2012
Dzień 43: Jacques Brel - "Olympia 64" (1964)
Jakoś nigdy za śpiewaniem po francusku nie przepadałem. Pewnie dlatego, że nie rozumiem ani jednego słowa w tym języku;) Nie inaczej odebrałem ten album. Jacques nagrywał między innym piosenki humorystyczne, więc przydałoby się rozumieć o czym śpiewa:/ Tak czy owak - kojarzy mi się to wszystko ze starymi francuskimi filmami (jako że we Francji nigdy nie byłem), takie folkowe granie w małych miasteczkach. Ogólnie całość przyjemna, może się podobać, ale nie trafia w mój gust.
Najlepszy kawałek: "Les Timides". Rozbawiły mnie te rymy :)
11.09.2012
Dzień 42: The Beatles - "A Hard Day's Night" (1964)
Niesamowita siła drzemie w utworach The Beatles. Z muzycznego punktu widzenia są one całkiem proste, do tego dobre teksty i mamy przepis na nieśmiertelną muzykę. Część piosenek słyszymy często w mediach, niektórych wcale, a wydaje się, jakby towarzyszyły nam od zawsze... Chyba zacznę przeżywać Beatlemanię :) Nieważne, czy śpiewają ballady, czy szybkie, skoczne melodie - jest po prostu niesamowicie... Mam nadzieję, że słuchanie tego krążka przyniesie każdemu co najmniej tyle samo radości, co mnie... To pół godziny, które wstrząsa dotychczasowym muzycznym światem!
Najlepszy kawałek: "Can't Buy Me Love".
Najlepszy kawałek: "Can't Buy Me Love".
10.09.2012
Dzień 41: Stan Getz and Joao Gilberto - "Getz / Gilberto" (1963)
I znów ten saksofon :) Kolejny raz robi na mnie wrażenie! Charlie Byrd, który partnerował Stanowi przy poprzedniej opisywanej tu płycie, powiedział, że Stan brzmi jakby chciał oczarować wszystkie kobiety na plaży Ipanema! I to jest bardzo obrazowe sformułowanie:) (a swoją drogą "The Girl from Ipanema", to świetny utwór). Oczywiście do cudowności tej płyty ogromny wkład ma drugi wykonawca, Joao, ze swoją gitarą i wokalem. Całokształt rewelacja, a okładka ponownie trafiła w mój gust!
Najlepszy kawałek: znane "Só Danço Samba".
Najlepszy kawałek: znane "Só Danço Samba".
9.09.2012
Dzień 40: James Brown - "Live at The Apollo" (1963)
James Brown to niewątpliwie wielka osobowość sceniczna. Kolejna płyta na żywo i kolejna, gdzie charyzma wprost wypływa z głośników! Brown bawi się świetnie na scenie. Publiczność oczywiście wraz z nim. Słychać krzyki, piski kobiet. Kolejna ponad półwieczna płyta, a atmosferę można sobie tylko wyobrazić. Brakuje nam takich artystów - takich, którzy właśnie byciem sobą na scenie, byciem dla publiczności kreowali swój wizerunek. Bez kosmicznych efektów specjalnych, wyzywających strojów, czy innych wodotrysków. Choć jego śpiewanie nie zachwyciło mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu, to całokształt występu zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Warto posłuchać, choćby po to, żeby wiedzieć, jak to się robi na scenie!!
Najlepszy kawałek: "Think".
Najlepszy kawałek: "Think".
8.09.2012
Dzień 39: Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)
Jak dla mnie trochę za chaotyczne to granie! Dużo instrumentów sprawiło, że zupełnie nie mogłem się skupić na odbiorze... Trudno mi się również w związku z tym wypowiedzieć na temat jego gry na kontrabasie. Chyba musiałbym go wyodrębnić jakoś ;) Jak przeczytałem w "1001 albumów", nie jest to typowy album modern jazzu, jeśli o takim w wykonaniu Mingusa można mówić... a także, że płyta została nagrana trzy miesiące po publicznej katastrofie - koncercie w Ratuszu... Cokolwiek to było (jeszcze ustalę;), rzeczywiście był to artysta specyficzny...
Najlepszy kawałek: nie ustaliłem - to tylko 4 utwory...
Najlepszy kawałek: nie ustaliłem - to tylko 4 utwory...
7.09.2012
Dzień 38: Sam Cooke - "Live at The Harlem Square Club" (1963)
Chyba zacznę się przekonywać do płyt nagrywanych na żywo. Może to współczesne nagrania po prostu mi nie odpowiadają (nie wszystkie oczywiście), ale słychać jak publiczność żywiołowo reaguje, jak charyzmatyczny muzyk występuje. Jego piosenki idealnie współgrają z publicznością! Da się odczuć, że to właśnie dla nich wykonuje swoją muzykę... Bardzo interesująca propozycja, choć wcześniej nie słyszałem o Samie. Może dlatego, że został zastrzelony rok po wydaniu tej płyty. Jak wyczytałem - przez przypadek, gdy trafił do nie swojego pokoju hotelowego...
Najlepszy kawałek: "Twistin' The Night Away".
Najlepszy kawałek: "Twistin' The Night Away".
6.09.2012
Dzień 37: Phil Spector - "A Christmas Gift for You from Phil Spector" (1963)
Jeszcze lato się dobrze nie skończyło, a ja trafiłem na świąteczne piosenki. Z jednej strony nieco za wcześnie, a z drugiej może to i dobrze. Można obiektywnie podejść do tematu. W okresie przedświątecznym media potrafią skutecznie obrzydzić każdą tego typu melodię! Choć słońce za oknem - przyjemnie się słuchało. Szczególnie, że piosenki nie mają współczesnych ozdobników, przeróbek, bez umiaru wstawianych przez artystów. No bo przecież trzeba się jakoś wyróżnić... Choć nie są to polskie kolędy, to większość jest znana i lubiana i z pewnością, gdy nadejdzie pora świąt - będzie to alternatywa dla radiowo-telewizyjnej papki tak zwanych przebojów!
Najlepszy kawałek: "Sleigh Ride".
Najlepszy kawałek: "Sleigh Ride".
5.09.2012
Dzień 36: Bob Dylan - "The freewheelin' Bob Dylan" (1963)
Nigdy wcześniej nie przysłuchiwałem się twórczości Dylana. Choć nazwisko i wpływ na późniejszych artystów były mi znane, to niczego poza "Like a Rolling Stone" nie jestem w stanie sobie skojarzyć... Przeszedłem więc kolejny etap mojej edukacji muzycznej. Brak zaznajomienia z tak ważną postacią to niewątpliwie moja wpadka, ale staram się nadrabiać systematycznie :) Jako, że systematycznie narażam się również swoimi opiniami, tu pewnie będzie podobnie. Dylan jakoś brzmi dla mnie zbyt smutno, płaczliwie. Nie przypadło mi to do gustu :/ A do tego jeszcze harmonijka podkreśliła zbytnio amerykański wydźwięk całości...
Najlepszy kawałek: "Oxford Town".
Najlepszy kawałek: "Oxford Town".
4.09.2012
Dzień 35: The Beatles - "With the Beatles" (1963)
To dopiero druga płyta wykonawców nieamerykańskich... Kiedy byłem młodszy nie rozumiałem fenomenu Beatlesów. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego wszystko, czego dotknęli, zamieniało się w złoto ;) Muzyka jest ponadczasowa, nowatorska. Oni byli zwyczajnie genialni! Po dziś dzień nagrania się nie zestarzały i mogą cieszyć kolejne pokolenia. W kolejnych utworach na płycie nie słyszymy powtarzalności, nie ma monotonii. Jest po prostu idealnie - świetnie zagrane, świetny wokal i niebanalne teksty. Jakichkolwiek zestawień, rankingów najlepszych nie można robić bez czwórki Brytyjczyków! Kawał dobrej muzyki!
Najlepszy kawałek: "All my loving".
Najlepszy kawałek: "All my loving".
3.09.2012
Dzień 34: Ray Price - "Night Life" (1962)
Niby country, ale nie do końca, jak dla mnie. Takie nieco nietypowe, więc nie miałem bólu uszu;) A tak naprawdę przekonał mnie głos wokalisty. Osobiście widziałbym go w zupełnie innym repertuarze, bo śpiewa niesamowicie. Kojarzy mi się trochę z Sinatrą. Ale to zupełnie inna muzyka. Na płycie jednak nie znalazłem nic, co by mnie porwało. Takie, zaryzykuję, granie do kotleta... Sama okładka płyty nam to chyba nieco sugeruje:) Posłuchałem, przemyślałem i jest ok. I tyle... No może jeszcze na plus gra na gitarze...
Najlepszy kawałek: "The Wild Side of Life".
Najlepszy kawałek: "The Wild Side of Life".
2.09.2012
Dzień 33: Stan Getz and Charlie Byrd - "Jazz Samba" (1962)
Stan Getz, jak się dowiedziałem był przedstawicielem cool jazzu - jazzu chłodnego, bez emocji, intelektualnego... Do końca bym się z tym nie zgodził. Saksofon uważam za instrument bardzo emocjonalny. Tu jest to saksofon tenorowy, o nieco niższej barwie. Bardzo mi się podoba to brzmienie, uważam, że płyta jest bardzo nastrojowa, powiedziałbym wieczorowa. Szczególnie, że gra tu również świetny gitarzysta. Takie duety to naprawdę świetne połączenie! A na marginesie wspomnę, że okładka płyty bardzo mi się spodobała. Niby prosta, ale...
Najlepszy kawałek: "Samba Dees Days".
Najlepszy kawałek: "Samba Dees Days".
1.09.2012
Dzień 32: Booker T. and The M.G.s - "Green Onions" (1962)
Booker T. Jones to kolejny muzyk, który gra na organach Hammonda... Oczywiście doprowadzało mnie to do szału, ale przez płytę przebrnąłem bez większych problemów :) być może dlatego, że styl muzyczny reprezentowany przez grupę jakoś bardziej współgrał ze wspomnianymi organami... Do gustu bardzo przypadł mi utwór "One who really loves you". Jako, że zawiera on fragment bezczelnie wykorzystany przez współczesnego rapera Pitbulla, postanowiłem poszukać źródła. Sam utwór to cover Smokey Robinsona, a motyw, o którym wspominam, wykorzystany został po raz pierwszy przez duet Mickey and Sylvia w utworze "Love is strange" w 1956 roku. Utwór Pitbulla to niemalże kopia pierwowzoru...
Najlepszy kawałek: "One who really loves you", jako przykład jak dziś się tworzy przeboje (niestety).
Najlepszy kawałek: "One who really loves you", jako przykład jak dziś się tworzy przeboje (niestety).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























