31.05.2013

Dzień 304: Shuggie Otis - "Inspiration, Information" (1974)

Solowych albumów tego Pana nie było zbyt wiele i ten jest najpopularniejszy. Nie słyszałem nigdy ani o Nim, ani o zespole Collaborations, w którym grał. Płyta jednak zasługuje na uwagę, gdyż jest bardzo przyjemna w odbiorze. Stonowane dźwięki, bez szaleństw, wyraźnie słychać każdy instrument. Utwory bez wokalu, których jest właściwie większość bardzo cieszą moje uszy... Te ze śpiewem są też do zniesienie, ale tylko w małych dawkach, bo jakoś nie przypadł mi do gustu głos Otisa...
   Najlepszy kawałek: "Sparkle City".

30.05.2013

Dzień 303: Genesis - "The Lamb Lies Down On Broadway" (1974)

To zupełnie inne Genesis niż znam z przebojów. Na początku mi to nieco przeszkadzało i nie mogłem się przyzwyczaić. W miarę jednak słuchania płyta coraz bardziej mi się podobała... A słuchać jest czego, bo to ponad 90 minut muzyki. Do tego album jest epickim dziełem opowiadającym historię Portorykańczyka - Raela mieszkańca Nowego Jorku, który zostaje uwięziony w mitycznych podziemiach miasta. Strona tekstowa niestety mi trochę umknęła, ale warto poświęcić nieco czasu i w spokoju posłuchać...
   Najlepszy kawałek: "Supernatural Anaesthetist".

29.05.2013

Dzień 302: Bad Company - "Bad Company" (1974)

Kolejny przyjemny, rockowy krążek. W porównaniu z wczorajszym wypada bardzo podobnie i tak słucha się go bardzo dobrze. Jest nieco spokojniejszy, choć widać, że kapela potrafi również dać czadu. Utwory są bardzo fajnie skomponowane - każdy, nawet jeśli ktoś nie gustuje zazwyczaj w klimatach rockowych, znajdzie coś dla siebie. Można powiedzieć, że stylowo kawałki są dość zróżnicowane, co nadaje całości właśnie uniwersalny charakter. Jak dla mnie, to bardzo dobry pomysł na podniesienie atrakcyjności płyty.
   Najlepszy kawałek: "Movin' On".

28.05.2013

Dzień 301: Eno - "Here Come The Warm Jets" (1974)

Przyjemne, rockowe granie. Nie powaliło mnie na kolana, ale też nie nudziłem się podczas odsłuchu. Bardzo klasycznie i spokojnie - mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że to taki rock relaksacyjny. Jest trochę żywszych kawałków, ale wszystko w bardzo przyjemnej stonowanej kompozycji. Choć zawsze czyham na jakiś charakterystyczny element albo na coś, co zrobi na mnie duże wrażenie, to przyznać muszę, że i bez tego album doskonale się broni.
   Najlepszy kawałek: "Needles In The Camel's Eye".

27.05.2013

Dzień 300: New York Dolls - "New York Dolls" (1973)

Jeśli o mnie chodzi, śmiało podciągnąłbym tą kapelę po punk-rocka. Ogólnie bardzo podobały mi się ich poczynania na tej płycie. Panowie nieźle musieli sobie gardło pozdzierać ;) Łomotanie jest zdecydowanie przyjemne w odbiorze. Może nie do końca odpowiada mi ich image, mam na myśli ten prezentowany na okładce, ale nie jest to najistotniejsze. Ważne jak grają, a grają naprawdę dobrze. Nie wiem dlaczego o nich nie było za wiele słychać. Może dlatego, że działali zaledwie przez 5 lat i nagrali tylko dwa albumy... Choć reaktywowali się w 2004, zakładam, że to już nie to samo...
   Najlepszy kawałek: "Jet Boy".

26.05.2013

Dzień 299: The Isley Brothers - "3+3" (1973)

Choć już od pierwszych nut wiedziałem, że styl prezentowany przez grupę nie jest moim ulubionym, odczułem pewną ulgę po wczorajszym "łomocie" Popa... Jest zdecydowanie zbyt soulowo, jak dla mnie. Bardzo typowy rytm, wybijany przez perkusję i wysokie męskie partie wokalne, śpiewane zapewne z zamkniętymi oczami, zupełnie do mnie nie trafiają. O ile często piszę o podobieństwie różnych utworów do siebie, to w przypadku tego gatunku muzycznego nie odróżniam kompletnie nic. Muzyka, wokal, chóry, aranżacja - wszystko jakby z jednego kotła. Zdecydowanie nie dla mnie...
   Najlepszy kawałek: "That Lady".

25.05.2013

Dzień 298: Iggy And The Stooges - "Raw Power" (1973)

Pamiętam, że poprzednimi płytami The Stooges byłem niemalże zachwycony. Tym bardziej ucieszyłem się, że mam do przesłuchania kolejny krążek. Jednakże ta propozycja szczerze mnie zmęczyła... Nie wiem, czy była to kwestia jakości nagrania (chyba tylko w małym stopniu), ale słyszałem tylko jazgot. Denerwujące przesadnie ostre i głośne gitary i niezbyt słyszalny wokal Iggy'ego... Wszystkie osiem utworów zlało mi się w całość. Miałem wrażenie, że niczym się nie różnią i nie ma między nimi przerw... Dziwny posmak mi został po tym albumie...
   Najlepszy kawałek: "Death Trip", z trudem wybrany.

24.05.2013

Dzień 297: Alice Cooper - "Billion Dollar Babies" (1973)

Czapki z głów - śpiewa Alice Cooper. Niby zwykłe piosenki, ale artysta ten nadaje im niesamowitego wyrazu. Sprawia, że brzmią rewelacyjnie. Jego zachrypnięty głos jest nadzwyczajny. Cały zespół jest doskonale dopasowany do albumu. Wszystkie instrumenty pięknie ze sobą współpracują. Całości dopełnia oczywiście wokalista i mamy do czynienia z rewelacyjną płytą. Taką potrafią nagrać nielicznie i jednym z nich jest Król shock-rocka - Alice Cooper. Nie wiem czy rację miał Sinatra, mówiąc, że są najgorszą grupą w historii, ale robią dobre show... Nie tylko o show tu chodzi.
   Najlepszy kawałek: "Hello, Hooray".

23.05.2013

Dzień 296: The Sensational Alex Harvey Band - "Next" (1973)

Bardzo byłem ciekaw, co zaprezentuje grupa o tak bezkompromisowej nazwie:) I rzeczywiście można powiedzieć, że grupa jest dość sensacyjna. Grają żywiołowo i zdecydowanie warto zwrócić na Nich uwagę. Bardzo podobały mi się gitary oraz ciekawy głos wokalisty. Mimo, że nie ma tu jakiegoś udziwnienia, charakterystycznego elementu, album ma swój styl i słucha się tego z zainteresowaniem. Do tego jeszcze sekcja dęta dopełnia uczucia satysfakcji! 
   Najlepszy kawałek: "Swampsnake".

22.05.2013

Dzień 295: Paul McCartney And Wings - "Band On The Run" (1973)

Miałem nadzieję na ciekawy, dobrze brzmiący album. Jakoś mam takie wrażenie, że solowe albumy członków The Beatles zawsze będą stały w cieniu ich zespołowych nagrań. Może jest to oczywista oczywistość, może nie, ale z całą pewnością nie mają takiego kopa, jak przeboje Czwórki z Liverpoolu. Wracając do pierwszego zdania, nadzieje nie zostały do końca spełnione. Niby przyjemne granie, ale chyba zbyt przyjemne. Brakuje czynnika, który stawia na nogi, porusza tłum... A tak wydaje mi się ten krążek taki miałki, bez wyrazu... Takież moje zdanie...
   Najlepszy kawałek: "Band On The Run".

21.05.2013

Dzień 294: ZZ Top - "Tres Hombres" (1973)

W sumie to album zleciał mi tak szybko, że nawet nie zdążyłem się dobrze przysłuchać. W związku z tym postanowiłem przesłuchać jeszcze raz. I choć za pierwszym podobała mi się umiarkowanie, to za drugim razem baaardzo wpadła mi w ucho. Gitary grają tak, jak lubię, podkład z perkusji również niczego sobie. Dobrze się tego słucha. ZZ Top kojarzą się głównie z wyglądem dwóch frontmanów z długimi brodami. A co ciekawe - zawsze ogolony perkusista ma na nazwisko Beard :)
   Najlepszy kawałek: "La Grange".

20.05.2013

Dzień 293: Stevie Wonder - "Innervisions" (1973)

Czuję pewien niedosyt po przesłuchaniu tej płyty. Spodziewałem się, że po poprzednim albumie, który również nie wywołał u mnie fali zachwytu będzie tu dużo lepiej. Lepiej było, z całą pewnością, ale to nie to... Nie ta przebojowość, którą chciałem usłyszeć. Choć ogólnie rzecz biorąc to całkiem niezłe kawałki, to biorąc pod uwagę, że są to wyselekcjonowane płyty, poprzeczkę ustawiam nieco wyżej niż przy standardowym odsłuchiwaniu płyt. Może to nie jest słuszna ścieżka, może powinienem dać równe szanse każdemu krążkowi? Sam nie wiem...
   Najlepszy kawałek: "Too High".

19.05.2013

Dzień 292: Pink Floyd - "The Dark Side of The Moon" (1973)

Kolejna propozycja, na którą czekałem z niecierpliwością. Propozycja oczywiście mi znana, bo jak to się mówi - każdy zna Ciemną Stronę Księżyca. Płyta niesamowita, wybitna. Genialnie zagrana, tak samo zaśpiewana. Niesamowicie spójna i harmonijna. Słuchać można jej bez końca, bo to takie nagrania, które nie mogą się znudzić... W dźwięki gitary można się wsłuchiwać w nieskończoność! A do tego ta delikatna perkusja... Zachwycać by się można jeszcze długo! Zamiast tego lepiej posłuchać...
   Najlepszy kawałek: "Eclipse".

18.05.2013

Dzień 291: Waylon Jennings - "Honky Tonk Heroes" (1973)

Choć zdarzało mi się wypowiadać o muzyce country w ciepłych słowach, tutaj raczej do końca tego nie poczynię. Bo choć album nie jest do końca taki zły, da się znaleźć coś miłego dla ucha, to jest w nim ten element stylu (którego wciąż nie potrafię dokładnie zidentyfikować), który działa na mnie bardzo drażniąco... Jest zbyt typowo, mówiąc krótko i za bardzo krzykliwie wyciąga nuty wokalista. Pomimo tego nie zaliczę tej pozycji do całkiem nie nadających się do posłuchania. Raz czy dwa można;)
   Najlepszy kawałek: "Honky Tonk Heroes".

17.05.2013

Dzień 290: Steely Dan - "Countdown to Esctasy" (1973)

To jedna z płyt, której w sumie nic nie można zarzucić. Powiedziałbym, że grają bezpieczną muzykę, która powinna spodobać się wielu. Myślę, że nie ma w tym nic złego i myślę również, że w tym przypadku misja zakończyła się powodzeniem. Jest to bowiem rzeczywiście bardzo udany album z pogranicza rocka i jazzu, wydobywający z obu gatunków to, co najlepsze. Nie ma tu może tak zwanych przebojów, ale całość warta posłuchania, bo muzycznie jest baaardzo dobrze!!
   Najlepszy kawałek: "My Old School".

16.05.2013

Dzień 289: Elton John - "Goodbye Yellow Brick Road" (1973)

Chciałoby się powiedzieć - stary, dobry Elton... Tyle, że wtedy był jeszcze młody;) W sumie przyznać trzeba, że po dziś dzień idzie swoją drogą. Gra swoje, w swoim stylu. A ta płyta jest właśnie takowa - typowa dla Eltona Johna. Czy komuś to odpowiada, to osobny temat. Jak dla mnie, to stanąłbym gdzieś pośrodku... Doceniam bowiem artystyczne aspekty płyty i cenię Johna jako muzyka, natomiast całokształt albumu jest dla mnie nieco monotonny. Nie oznacza to, że uśniemy słuchając, ale żeby się ustosunkować do tej propozycji, trzeba przesłuchać. I to uważnie...
   Najlepszy kawałek: "Goodbye Yellow Brick Road".

15.05.2013

Dzień 288: Todd Rundgren - "A Wizard, A True Star" (1973)

Trochę dużo tego rocka ostatnio... Z jednej strony to dobrze, bo lubię, a z drugiej można się naciąć na pewną powtarzalność i uśpić swoją czujność podczas słuchania. Staram się, by do tego nie doszło. Innym problemem jest fakt, że gdy usłyszało się tyle dobrych płyt w gatunku, kolejne mogą mieć problem, żeby sprostać konkurencji;) Album Rundgrena mnie nie zachwycił, ale to chyba właśnie przez poprzednio słuchane krążki. Materiał bowiem tu zawarty jest bardzo, bardzo dobry. Może nie do końca w moim rockowym stylu (którego nie potrafię, oczywiście, określić), ale są to utwory, które z pewnością zasługują na uwagę!
   Najlepszy kawałek: "International Feel".

14.05.2013

Dzień 287: Mike Oldfield - "Tubular Bells" (1973)

To pierwsza płyta z tego zestawienia, która znajduje się na mojej półce od wielu lat. Czasem się zastanawiałem, skąd tytuł, skoro na prawie godzinnym albumie dzwony rurowe grają zaledwie przez kilka minut... Lubię ten krążek, wracam do niego od czasu do czasu. Jest tylko kilka fragmentów, za którymi nie przepadam - za dużo tam hałasu i jazgotu. Poza tym nie mam nic do zarzucenia. Początkowy fragment pierwszej części wykorzystany został jako motyw w filmach Egzorcysta
   Najlepszy kawałek: "Tubular Bells (part 1)". Trudny wybór ;)

13.05.2013

Dzień 286: Mott The Hoople - "Mott" (1973)

I kolejny dobry, rockowy album, którego słucha się z zaciekawieniem. Na początek słyszymy fortepian i to już samo w sobie jest przyjemne. Do tego dochodzi niecodzienny wokal i reszta instrumentów. Tworzy to mieszankę, którą chłonąć można bez znudzenia. Gdzieś przewija się saksofon, a także inne dźwięki. Dzięki temu mamy do czynienia z oryginalnym materiałem, który wyróżnia się na tle innych rockowych kapel. Mnie przynajmniej mile ta płyta zaskoczyła. A to zawsze wprawia mnie w dobry nastrój:)
   Najlepszy kawałek: "All The Way From Memphis".

12.05.2013

Dzień 285: Herbie Hancock - "Headhunters" (1973)

Po wirtuozie klawiszy można spodziewać się wszystkiego, co najlepsze. I nie zawieść się. Album ten uznawany jest bowiem za jeden z najwybitniejszych w historii gatunku. I słusznie, uważam. Co mnie zaskoczyło - to elektroniczne instrumenty klawiszowe. Spodziewałem się raczej popisów na fortepianie, z których Hancock słynie, a tu niespodzianka spowodowana oczywiście nieznajomością tegoż wydania... W sumie Hancock jako jeden z pierwszych użył takich instrumentów, więc moje zaskoczenie jest nieco usprawiedliwione... Tak czy owak - płyty trzeba posłuchać koniecznie!!
   Najlepszy kawałek: "Chameleon".

11.05.2013

Dzień 284: Faust - "Faust IV" (1973)

Tu mamy do czynienia z dość specyficzną płytą. Bardzo zróżnicowana, moim zdaniem stylowo, co w tym przypadku działa zdecydowanie na plus... Jest tu dużo bardzo dziwnych, a zarazem i ciekawych dźwięków, które się wydobywają z głośników. Dźwięki w zasadzie niewiadomego pochodzenia, bo nie są to typowe instrumenty muzyczne. Jest też dużo kawałków z typowym rockowym, mocno gitarowym brzmieniem. Choć za muzyką niemiecką nie przepadam, uważam tą propozycję za co najmniej godną uwagi...
   Najlepszy kawałek: "Giggy Smile".

10.05.2013

Dzień 283: Roxy Music - "For Your Pleasure" (1973)

To już drugi album tej kapeli, którego mam przyjemność słuchać... I słowo przyjemność jest tu użyte nieprzypadkowo. Bardzo ciekawe brzmienie, dużo dobrego rockowego grania. Bardzo miło minął czas przy tej płycie. Mamy tu trochę ostrzejszych kawałków, co zawsze jak dla mnie jest na plus. Jeśli nie jest to głuche walenie w bębny i szarpanie gitary, taka muzyka zawsze zwróci moją uwagę! Mniej niż w poprzednim wydaniu wyczuwam eksperymentów, muzycy postawili na czystego rocka! Było dobrze poprzednio, jest i teraz!!
   Najlepszy kawałek: "Editions Of You".

9.05.2013

Dzień 282: John Martyn - "Solid Air" (1973)

I znów jakoś tak ponuro, bez życia... Czyżby jakaś moda nastała w tamtym czasie? Doceniam folkowych wykonawców i z reguły lubię posłuchać wszystkiego po trochu, ale ten smutny nastrój za chwilę zacznie mi się udzielać... A tego raczej nie oczekuję od muzyki, której słucham. Oczywiście album jest bardzo dobry pod każdym względem. Bo i wokal wybitny i gdzieś tam saksofon i gitara akustyczna... Wszystko w dobrze dobranych proporcjach. Tyle tylko, że akurat John Martyn nie trafił w mój gust...
   Najlepszy kawałek: "Solid Air".

8.05.2013

Dzień 281: Marvin Gaye - "Let's Get It On" (1973)

Po poprzedniej Jego płycie, do tej podszedłem z niebywałym dystansem. Miałem nadzieję, że tym razem mnie nie doprowadzi do krawędzi... snu. Tak się jednak nie stało. Pierwszy utwór jest dość znany i iskierka nadziei błysnęła mi w oku. Jest to bowiem utwór, gdzie usłyszeć można saksofon i jest całkiem przyjemnie. Dalej już zaczynają się "flaki z olejem" - Marvin śpiewa z namaszczeniem i przejęciem. Nie jest to dla mnie album do wielokrotnego słuchania. Nie dałbym rady. Trudno. Nie każdego muszę "trawić" ;)
   Najlepszy kawałek: "Let's Get It On".

7.05.2013

Dzień 280: Genesis - "Selling England By The Pound" (1973)

Z niecierpliwością czekałem na tą płytę. I muszę niestety stwierdzić, że nieco się zawiodłem. I choć sama grupa nie robiła nigdy na mnie większego wrażenia, to już Phil Collins swoją grą na perkusji już tak. A tutaj jakoś nie uświadczyłem popisów na bębnach, na które czekałem. Poza tym cała reszta również nie powala na kolana. Taki sobie album w dobrze określającym go stylu pop-rock. Brakuje znów tego czegoś, co by porwało tłumy, a w nim i mnie...
   Najlepszy kawałek: "The Battle Of Epping Forest".

6.05.2013

Dzień 279: Lou Reed - "Berlin" (1973)

Mimo dobrego zaplecza muzycznego, ta płyta do mnie nie przemówiła. Momentami miałem skojarzenia z Leonardem Cohenem. Oczywiście głos zupełnie odmienny, ale aranżacja i styl wydawały mi się podobne. Może i nie byłoby na co narzekać, ale album był dla mnie bardzo monotonny. Choć było w nim dużo przyjemnych w odbiorze dźwięków instrumentów, to całość odebrałem jako smutną i przewidywalną papkę do jednokrotnego przesłuchania. Tej płycie brakowało jakiegoś kopa. Może byłaby całkiem niezła, gdyby nagrana 10 lat wcześniej?
   Najlepszy kawałek: "Lady Day".

5.05.2013

Dzień 278: Can - "Future Days" (1973)

Niby zamysł dobry. Piękne instrumentalne brzmienie, trochę jazzowe nawet... Mało wokalu, żeby można się skupić na dźwiękach... Jednak czegoś tej płycie brakuje. Nawet nie wiem, w którym momencie stała się nudnawa i przydługa. Jakby zabrakło nieco pomysłu. Może to ze względu na podział utworów, czy na 20-minutowa ostatnią ścieżkę... Ogólnie całkiem nieźle, ale pozostał pewien niedosyt. Może trafię inną płytę tej kapeli i będę miał porównanie -  czy to taki styl, czy na płycie należało umieścić coś jeszcze, dla urozmaicenia...
   Najlepszy kawałek: "Future Days".

4.05.2013

Dzień 277: John Cale - "Paris 1919" (1973)

Pomimo początkowych obaw, spowodowanych pierwszymi dźwiękami płyty, nie mogę narzekać na to, co usłyszałem. Okładka także zasugerowała mi, że będę miał do czynienia z totalnie archaicznym brzmieniem i francuskimi tekstami. Okazało się jednak, że to całkiem sprawnie zaaranżowany i ciekawy album. Trochę nie podszedł mi głos Johna Cale'a, ale nie spowodowało to obniżeniem mojej oceny całokształtu. Bardzo dobry podkład muzyczny zrobił swoje! Wysłuchałem do końca z przyjemnością!
   Najlepszy kawałek: "Macbeth".

3.05.2013

Dzień 276: Hawkwind - "Space Ritual" (1973)

Kolejny zaskakujący album. Tym razem dlatego, że kapela przez 2 godziny łoi w bębny, szarpie gitary, niewiele przy tym śpiewając. Momentami jest dość dziwnie - eksperymenty, partie mówione. Nawet czasem przerażająco - można by rzec... Jeśli wokal występuje, to jest zdecydowanie cichszy od instrumentów. Wszystko to tworzy ciekawy i niepowtarzalny klimat. Mroczny, ale całość jest na tyle sprawnie nagrana, że po tych 21 ścieżkach moje uszy i mózg dały radę dalej funkcjonować.
   Najlepszy kawałek: "Master Of The Universe".

2.05.2013

Dzień 275: Bob Marley and The Wailers - "Catch a fire" (1973)

No i wreszcie płyta człowieka, od którego się to wszystko zaczęło. Pisząc wszystko mam na myśli fascynację świata muzyką jamajską! Mnie to porwało również! Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto historię muzyki szanuje! Album i artysta, którego twórczości krytykować nie wypada. To muzyka, która porywa, która daje siłę na kolejne dni. To rytmy pozwalające wyzwolić to co w człowieku najlepsze! Jedyne pretensje, jakie można rościć do Marleya, to to, że tak wcześnie odszedł...
   Najlepszy kawałek: "Stop That Train". Tak naprawdę to mógłbym wybrać losowo, bo to genialny krążek!

1.05.2013

Dzień 274: King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)

Pięknie! Porządne uderzenie na początku (po długim wstępie), bardzo stonowany środek płyty i kolejne uderzenie na koniec. Choć momentami było zbyt spokojnie jak dla mnie, to przyjemności ze słuchania było sporo. Taki dobry, nie przesadzony, czysty rock. Często właśnie tego oczekuję od przesłuchiwanych płyt - pewnej rewelacji w prostocie... Do tego dość skąpo dozowany wokal sprawia, że album ma nieco tajemniczy i mroczny klimat. Utworów nieco mało, ale za to słusznej długości... Efekt końcowy jest bardzo ciekawy i należy słuchać tej płyty w całości!
   Najlepszy kawałek: "Larks' Tongues In Aspic, Part One".